Spływ kajakowy Wieprzą, czyli rzecz o odkrywaniu piękna

Wieprza uznawana jest zgodnie za jedną z najładniejszych rzek polskiego Przymorza. Niezatłoczona, dziewicza i dzika. Latem podjęliśmy decyzję o spróbowaniu swoich sił właśnie na niej.

Gdzie nie zaglądaliśmy, polecano rozpoczynać spływy Wieprzą od Pokrzywnej – jej prawobrzeżnego dopływu. Ponieważ w ubiegłym roku płynąłem właśnie stamtąd i nie byłem specjalnie zachwycony, (nic nie zapamiętałem z tej rzeki) postanowiliśmy urozmaicić i uatrakcyjnić spływ, rozpoczynając go od najwyższego możliwego punktu, w którym już da się płynąć kajakiem. Zdawaliśmy sobie sprawę, że na takich nieprzetartych odcinkach czas na płynięcie i czas na pokonywanie przeszkód równoważy się – ale to można uznać za nieodzowną przygodę.

*****************

Podczas jednej z czerwcowych wypraw rowerowych przeprawialiśmy się przez Wieprzę na wysokości wsi Żabno. Na rewelacyjnej mapie szlaków rowerowych, wydanych przez Urząd Marszałkowski Województwa Pomorskiego z serii Pomorskie kołem się kręci – Kaszuby Zachodnie przez rzekę przeprowadzona jest droga. W rzeczywistości jest to nieutwardzony bród, z reliktami mostu w postaci dwóch naprzeciwległych nasypów oraz kilku spróchniałych pali wbitych w dno.

Źródło: mapa „Kaszuby Zachodnie” z serii „Pomorskie kołem się kręci” wydana przez Urząd Marszałkowski Województwa Pomorskiego. Na czerwono zaznaczone miejsce brodu na Wieprzy.

W tym miejscu rzeka jest płytka, zatem można swobodnie przeprowadzić rowery. Miejsce to wyjątkowo przypadło mi do gustu. W nurcie kąpały się dzieciaki, na drugim brzegu natomiast trochę starsza młodzież popijała sobie piwko. Wakacyjny klimat!

Niewiele dalej, jadąc w kierunku Bożanki, zjechaliśmy nad rzekę stromą drogą prowadzącą do kolejnego, tym razem mocno zarośniętego brodu. Tam, siedząc na kocu w wysokiej trawie i popijając kawę przy cichym akompaniamencie szeleszczącej wody, zdecydowaliśmy o podjęciu próby spłynięcia Wieprzą właśnie z tych okolic. Olśniła nas malowniczość i naturalne piękno Wieprzy, która w tym miejscu kompletnie zapomniała o obecności ludzi.

Dwa tygodnie później wybraliśmy się tam ponownie, tym razem na pieszy rekonesans, zobaczyć rzekę z bliska. Zaparkowaliśmy auto przy leśniczówce w Kwisnie. Kawałek dalej Wieprza przepływa pod drogą łączącą Dretyń z Łubnem. W tym miejscu jest już dość szeroka i głęboka, zwłaszcza na południe od mostu – tam, gdzie stoi na brzegu charakterystyczna budka. Po północnej stronie jest jeszcze pozostałość małego pomostu – podejrzewam, że w dawniejszych czasach służył on wodowaniu kajaków. W każdym razie po obejrzeniu tej okolicy stwierdziliśmy, że spłynięcie pierwszych kilkuset metrów od mostu byłyby co najmniej dwugodzinnym horrorem – przy tak niskim stanie wody i zwałkach co 10-15 metrów, i to nie byle sosenki-pierdzieńki a potężne wiekowe dęby przegradzające rzekę wszerz na wysokość metra. Nieco dalej rzeka wypływa na otwarty teren, gdzie płynie rozciągniętymi meandrami. Tutaj można swobodnie płynąć, choć zwałek – także tych trudniejszych – nie brakuje.

 

*****************

Po kilku dniach zapakowaliśmy graty, wypożyczyliśmy kajaki z SurfCamp Gardna Wielka, i pojechaliśmy na miejsce początku spływu. Z racji później pory, postanowiliśmy przenocować przy wyżej wspomnianym brodzie nieopodal Żabna. Jeden z nasypów po dawnym moście nadał się idealnie na rozbicie namiotu i zorganizowanie przestrzeni biwakowej.

Na niemieckiej mapie widać, iż powyżej mostu istniał młyn. Nie został po nim żaden większy ślad; drobne odłamki gruzu i cegieł mogą jedynie sugerować istnienie tutaj jakichś zabudowań. Na Geoportalu natomiast, korzystając z możliwości jakie daje nam LiDAR, można uzyskać dokładne położenie młyna oraz zarysy fundamentów budowli, a także dróg prowadzących do niego.

Źródło: www.geoportal.gov.pl, dostęp: 29 grudnia 2018 r.

Przy porannej kawce mieliśmy gościa.

Byliśmy około dziesięć metrów od niego. Zdawał się w ogóle nas nie widzieć, albo tak doskonale nas olewał. Jak gdyby nigdy nic przeszedł przez rzekę w najpłytszym miejscu i zniknął w czeluściach lasu po drugiej stronie. Nie wyglądał na zbyt odżywionego i zadbanego pasiaka, niestety.

Spakowaliśmy się, i w drogę… drogę przez mękę. Ale jakże przyjemną!

Odcinek, który planowaliśmy pokonać w dzień, zajął nam w sumie dwa i pół dnia. Taki stan rzeczy spowodowała bardzo duża liczba zwalonych drzew, przez które musieliśmy się przedzierać, a także liczne bystrza, które przy stosunkowo niskim stanie wody nie były spławne. Jednak były także momenty spokojniejsze:

Piękne miejsce na kawę, i chwilę przerwy.

Płyniemy dalej… i pierwsza stała przenoska. Po dawnej zabudowie przemysłowej (najprawdopodobniej młyn) pozostały jedynie zarysy fundamentów, mury oporowe oraz betonowe spiętrzenie.

Spadek około jednego metra bynajmniej nie zachęcał do spłynięcia. Pozostało nam przeniesienie kajaków prawą stroną. A tam… pole z pokrzywami. Humory jednak dopisywały.

Kolejne przeszkody przed nami.

Po obu stronach gęsty, ciemny i mroczny las, wspaniałe powietrze. Kajaki przeciągnąłem okienkiem za wykrotem z lewej strony.

Mój uśmiech mówi wszystko…

Jest to najpiękniejszy odcinek Wieprzy, jaki widzieliśmy. Płytkie kamieniste bystrze, długi korytarz drzew iglastych nad głowami, i gęsta, półprzezroczysta para unosząca się nad powierzchnią rzeki. Czysta przyrodnicza magia. Zdjęcie zupełnie nie oddaje tego klimatu – to jedna z tych rzadkich chwil, gdy w piersiach prawdziwie zapiera dech. Doświadczenie wręcz metafizyczne.

Z prawego, niższego brzegu uchodziły liczne strumienie, spływające po czarnych, mokrych głazach.

Dość mocno wymęczeni po ładnych siedmiu godzinach płynięcia, rozbiliśmy namiot nad pięknym zakolem w okolicach ruin betonowego mostu. Najbliższa miejscowość: Bożanka.

Wspomniany most łączył oba brzegi na wysokości około 5 metrów ponad lustrem wody. Z samego przejazdu praktycznie nic nie zostało oprócz pali wbitych w dno koryta, natomiast po jednej stronie znajduje się sporej wielkości żelbetowa konstrukcja, silnie podmyta i spękana. Droga dojazdowa z obu stron jest kompletnie zapomniana przez Boga i ludzi.

Trzeciego dnia ruszyliśmy dalej. Rzeka nieco się uspokaja i rozszerza. Wpływamy w krainę olch.

Kolejne liczne przeszkody, i nocleg tuż przed Bożanką.

Rano (o 12) ruszamy dalej, czwarty dzień. Rozpoczynamy od zjazdu po skarpie.

Sto litrów wody w kajaku, ale było warto!!!!

Rzeka zmienia swój charakter, staje się dość szeroka, a po jej brzegach szuwary i mokradła, i pochylone olchy.

Magia…

Szum aut na krajowej „21” coraz wyraźniejszy.

Tuż za mostem w Bożance przepiękne meandry i rozlewiska. Zacumowaliśmy do powalonej brzozy z lewej strony, aby wypić kawę i coś przekąsić. ledwo rozpaliliśmy ognisko i rozłożyliśmy płachtę biwakową, rozszalała się burza. Praktycznie nas nie tknęła. To się nazywa szczęście! Czekał mnie jeszcze spacer wzdłuż ruchliwej drogi do Bożanki po wodę, i można płynąć dalej. Oczywiście pozbywszy się sporej ilości wody, która napadała do kajaków.

Za Bożanką czekały na nas trzy uciążliwe przenoski wokół zastawek (okazałe stawy rybne z lewej strony). Pierwsza zastawka chyba najgorsza, bo na dziko, przez pokrzywy i lasek pełen kleszczy i komarów. Oj, tutaj to kląłem…

Za trzecią zastawką znajduje się sztuczne bystrze, także uciążliwe.

Mijamy dopływ Pokrzywnej z prawej i pole namiotowe „Mnich” w Broczynie. W międzyczasie do Wieprzy wpada z lewej strony nieposkromiona Studnica. Jeśli woda w Wieprzy była dotąd lodowata, to po zasileniu jej przez wody Studnicy jej temperaturę określiłbym jako skandalicznie niską! Przeżyjemy…

Parę kilometrów dalej widzimy charakterystyczny, niski drewniany most, co oznacza jedno: Kawka / Biesowice. Miejsce to jest bardzo bogate w infrastrukturę, albowiem znajduje się tam sporej wielkości wiata ze stołami i ławami,  w całości posiadająca posadzkę betonową; do tego miejsce na grilla i siłownia zewnętrzna.

Jest też pies, a nawet dwa. Oba przyjaźnie nastawione. Tylko jeden dał się podrapać.

Ponieważ w kilka dni zdążyliśmy w zasadzie wyczerpać zapasy posiadanych produktów, wybrałem się na pierwsze zakupy podczas spływu. Celem były Biesowice: około cztery kilometry marszu, głównie wzdłuż wąskiej, asfaltowej drogi poprowadzonej zboczem głębokiego wąwozu. W samej wsi ostry melanż pod sklepem, i za sklepem, i obok sklepu… generalnie wszędzie. Gorzała, browary, nalewki, wszystko. Bachanalia…

Jest jeszcze za wcześnie, żeby rozbijać się z namiotem. Płyniemy zatem dalej, spowolnieni nieco przez… dzikie maliny, rosnące po obu brzegach rzeki. Jako miłośnicy owoców – osobiście dzikie maliny uwielbiam ponad życie – nie mogliśmy sobie darować takiej okazji i dobre pół godziny zajadaliśmy się pysznymi, dojrzałymi owocami.

Przed nami pierwsza z kilku elektrowni na Wieprzy: Biesowiczki.

Dzięki uprzejmemu Panu mogliśmy obejrzeć obiekt z zewnątrz i zajrzeć przez szyby do wewnątrz. Trwa remont, zatem w środku nie można zwiedzać. Przenoska względnie dobra, choć umocnienia brzegu za elektrownią w postaci ostrych kamieni pokrytych drucianą siatką zmuszają nas do przeholowania kajaków w dalsze miejsce, do lasu.

Powoli kończący się dzień sprawia, że z mapą w ręku szukamy odpowiedniego miejsca na nocleg.

Kolejna elektrownia – w Kępce – poprzedzona jest wężowatym pseudojeziorem, z okropnie brudną wodą i mułem, na którym można po prostu osiąść jak na mieliźnie. Dodatkowo otoczenie elektrowni po drugiej stronie rzeki przypomina wysypisko śmieci i gruzu, o ile po prostu nim nie jest. Przenoska obok elektrowni względna, choć znowu beton, kamienie i siatka druciana. Może warto czasem pomyśleć o innych użytkownikach rzek, np. o kajakarzach…

Nocleg udało się nam znaleźć około dwa kilometry przed Kępicami, na łączce z prawej strony rzeki. Miejsce było wcześniej odwiedzane, o czym świadczą butelki, pety i folie wokół prowizorycznego ogniska. Kolacja, szybka higiena, i lulu. Odczuwamy pierwsze poważniejsze symptomy zmęczenia fizycznego.

Rano ruszamy dalej. Pogoda na start marna: siąpi i wieje. Entuzjazm nas jednak nie opuszcza, zwłaszcza że w Kępicach zrobiliśmy przerwę na zakupy i lody.

Miny nam jednak zrzedły, gdy przyszło nam przenosić kajaki około czterysta metrów, aby ominąć elektrownię w Kępicach. To była moja pierwsza przenoska, gdzie więcej ciągnąłem kajak pod górę niż w dół. Elektrownia nadzwyczaj przyjaźnie nastawiona: teren prywatny wstęp wzbroniony, zakaz wejścia itp. Innymi słowy, drogi kajakarzu, wypad stąd.

Bez wózka – dwukółki do kajaka lepiej się tutaj nie pojawiać. Ponieważ przewidywałem takie „atrakcje”, chciałem do kajaków ‚dopożyczyć’ taki wózek. Niestety Chłopaki z Surf Campu nie mogli nam żadnego wypożyczyć, albowiem wszystkie mieli już zarezerwowane. Co prawda da się przeciągnąć kajaki po trawie (ostatnie metry po mokrym piachu) bez szkody dla sprzętu, ale wysiłek przy tym jest kolosalny.

Od tych czterystu metrów można odjąć cztery, którymi można spłynąć…

… albo po prostu poddać się nurtowi.

W lasku za elektrownią syf aż strach. Butelki, pampersy, gruz. Ot, ludzkość od podszewki. Niezwykle nieprzyjemna okolica. Uciekamy stamtąd szybko.

Odcinek Wieprzy od Kępic do Korzybia uważam za generalnie niewart uwagi. W samym Korzybiu, w miejscu ruin mostu po lewej stronie, teoretycznie istnieje miejsce do biwakowania. Jest to dość spory plac, z miejscem ogniskowym pośrodku i kilkoma ławkami, które jeszcze nie uległy kompletnej dewastacji. Jednak wysoki i stromy brzeg, brak możliwości bezpiecznego wyjścia z kajaka i – niestety – koszmarny syf panujący w tym miejscu sprawiają, że nie zostajemy tam ani chwili dłużej, niż to konieczne.

Zmęczeni wiosłowaniem i wyczerpani srogą przenoską w Kępicach, szukamy miejsca na nocleg. Na odcinku z Korzybia do Sławna jest o to ekstremalnie trudno. Brzegi są albo strome czy też wręcz urwiste, albo zarośnięte szuwarami i niedostępne. Jedno miejsce na łące z prawej strony okazało się być dla kogoś dogodne, jednak strome zejście do rzeki po żwirze (kto miał kiedyś mokry żwir w sandałach ten wie co to znaczy!) i wiatr panujący na górze przemówił na niekorzyść tej miejscówki. Praktycznie o zmierzchu udało nam się znaleźć miejsce na niewielkiej skarpie w lesie bukowym, po lewej stronie. Szczęśliwie był tam dogodny placyk na wciągnięcie kajaków, albowiem utwardzona stromizna była nieco dalej, łatwa do pokonania na pieszo. Wszędzie komary i kleszcze, ale to już standard więc przywykliśmy. Choć z drugiej strony jako, że ja jestem miłośnikiem zwierząt, to i one mnie uwielbiają. I nie są to wyłącznie koty i psy. Są to również komary, kleszcze, gzy. Moje nogi i ręce po spływie jeszcze długie tygodnie sugerowały uczestnictwo w działaniach na froncie wojennym…

Następnego ranka (mamy już sobotę, czyli szósty dzień spływu) mijała nas dwójka kajakarzy płynących z Korzybia do Darłówka. Pozdrowiliśmy się, i popłynęli dalej. Niedługo później spotkaliśmy się znowu na przenosce wokół wyremontowanego progu wodnego. Ponieważ zakazywano tam spływać i informowano o monitoringu, stwierdziliśmy że bezpieczniej jest obejść tę przeszkodę. Zwłaszcza, że z brzegu pierwszy próg wyglądał dość groźnie. Podobnie jak przy poprzednich przeszkodach hydrotechnicznych, tak i tutaj jest zupełny brak elementarnych udogodnień dla kajakarzy w postaci choćby stopni do wody. Marzeniem wydaje się być najprostszy slip kajakowy, podobny do tych spotykanych na Drawie czy na Brdzie. Wszędzie kamienie opasane stalową siatką.

Droga do Sławna w zasadzie nieciekawa, wśród przepastnych łąk i pól, z wiatrem północnym. Na samym początku Sławna kolejne przenoski, związane przede wszystkim z funkcjonującymi obok stawami hodowlanymi, przepławką dla ryb oraz rozwidleniem Wieprzy na kanał miejski oraz właściwy nurt rzeki. Nie ma tam zbyt dogodnego miejsca aby bezpiecznie wyciągnąć kajaki na brzeg. Najsensowniej jest pomiędzy rzeką a ujściem przepławki; tu, gdzie te kamienie:

Ale nie tylko kamienie, bo i zamaskowane grodzice stalowe, idealne do rozprucia poszycia kajaka.

Przenoska niedługa ale uciążliwa, tym bardziej że wodowanie po drugiej stronie następuje na terenie prywatnym.  Nikt nas na szczęście nie ścigał z fuzją.

W Sławnie, na moście dawnej krajowej Szóstki, zdecydowaliśmy o zakończeniu spływu, głównie z powodu przewidywanych trudności ze znalezieniem miejsca noclegowego. Nauczeni doświadczeniem woleliśmy nie ryzykować. Odcinek ze Sławna do Staniewic mi osobiście bardzo przypadł do gustu, w przeciwieństwie do Magdy. Szeroka, spokojna rzeka, miejscami zwężająca się do szerokości dwóch kajaków z powodu gęstych drzew i krzewów porastających oba brzegi. Dodatkowo, jakby na pożegnanie, towarzyszyły nam dwa zimorodki. Jednego udało mi się uchwycić ok. 40 metrów od kajaka.

W Staniewicach dobiliśmy do brzegu przy sporej wielkości polu biwakowo – rekreacyjnym z bardzo dobrym miejscem na wodowanie.

***

Na tym zakończyliśmy naszą tegoroczną przygodę z Wieprzą. Spływ uważam za bardzo udany, choć stosunkowo trudny. Nie tyle z uwagi na przeszkody w górnym biegu, albowiem te stosunkowo liczne drzewa i płycizny urozmaicały nam czas, stanowiąc pewnego rodzaju rozrywkę i wyzwanie.

Było trudno przede wszystkim z uwagi na odbierające chęć dalszego płynięcia przenoski, wśród których zdecydowanie „wygrywa” elektrownia w Kępicach. Brak też ucywilizowanej infrastruktury w środkowym biegu.

Rzeka nie jest mocno zanieczyszczona. Woda sprawia wrażenie bardzo czystej, osobiście zapewniam o jej niskiej temperaturze. Brzegi nie są zawalone oponami i innym badziewiem – taki skandaliczny ewenement widzieliśmy bodaj raz: na Studnicy w Miastku.

Spotkaliśmy w rzece raptem jedną lodówkę, i to rozparcelowaną na trzy części na długości ok. 100 metrów.

Nie obyło się bez wywrotki, którą ja zaliczyłem. Szczęśliwie strat w sprzęcie brak.

Ze spokojem mogę polecić spływ Wieprzą z wysokości Żabna doświadczonym kajakarzom, koniecznie w jedynkach i standardowo z bagażem ograniczonym do niezbędnego minimum. Wrażenia z tego odcinka rzeki już nakreśliłem.

Podsumowując: genialnie.

4 myśli w temacie “Spływ kajakowy Wieprzą, czyli rzecz o odkrywaniu piękna”

  1. Bardzo ciekawie opisane dni spędzone na splywie malowniczą i chyba rzadko uczeszczaną rzeką Poludniowobaltyckich Pobrzeży. Czytanie zapisu ze spływu wciąga i pomimo że do wiosny czasu pozostało jeszcze sporo, czułem klimat, zapach powietrza unoszący się nad ciekawie meandrujacą na północ pomorską rzeką. Pasja, charakter i siła to odczuwalem czytając ten piękny opis kilku letnich dni spędzonych w kajaku i pobliżu rzeki.

    1. Cześć Andrzeju,

      bardzo Ci dziękuję za komentarz. Jest dokładnie tak jak piszesz. Rzekę odbieram zawsze wszystkimi zmysłami, węch jest tutaj bardzo wyczulony. Wspaniała przygoda, i każdemu polecam spróbowanie swoich sił w kajaku na mało zatłoczonych rzekach. Doznania, których nigdzie indziej się nie zazna.

      Serdecznie pozdrawiam!
      MK

    1. Można to nazwać mini reportażem, relacją, albo po prostu opowieścią o podróży 🙂 Cieszę się, że całość budzi pozytywne odczucia i wrażenie współudziału w wyprawie, o to chodzi!

      pozdrawiam 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *