Słupia i Wieprza. Dzikość na wyciągnięcie ręki

Dzwonię ostatnio do znajomego prowadzącego znakomitą wypożyczalnię kajakową na Kaszubach z informacją, iż chciałbym pożyczyć sprzęt na weekend. W słuchawce słyszę słowa Wojtka „Co Cię tak wzięło ostatnio?

Fakt, można się nad tym zastanowić: ostatnie dwa weekendy spędziliśmy z Madzią pod wiosłem. Najpierw była Łupawa z Zawiatu do Kozina (ja popłynąłem dalej, do Łupawy):

Następną niedzielę z kolei spędziliśmy na cudownej Bukowinie, płynąc z Siemirowic do Kozina:

Jak wiadomo, apetyt rośne w miarę jedzenia. Zatem i w ten weekend nie mogło być inaczej, jak tylko w kajaku! Ponieważ Madzia rozpoczęła studia podyplomowe w Szczecinie i udała się na pierwszy zjazd, na dwudniowe pływanie pojechałem sam. Co prawda ogłaszałem na facebook’owej grupie Umawianie na pływanie – Pomorze [LINK] iż szukam towarzysza, jednak nikt nie wyraził takowej chęci.

Pierwotny plan zakładał spłynięcie Studnicą z Miastka do Kawcza, oraz Wieprzą z Kwisna do Bożanki. O ile tę drugą rzekę, i to na tym odcinku, znam z ubiegłorocznej wyprawy z Madzią [LINK], o tyle o Studnicy wiele słyszałem i wiele widziałem – z uwagi na szybkie tempo wody i niebezpieczeństwa z tym związane postanowiłem ją sobie odpuścić na rzecz innej, równie urokliwej, acz spokojniejszej rzeki: Słupi.

Tyle tytułem wstępu. Jak było? Zapraszam do lektury 🙂

SOBOTA

Dzień zaczął się wczesnym świtem. Odwiozłem Madzię na pociąg o 5:45, i po powrocie do domu miałem przeznaczyć godzinę na dokończenie pakowania, śniadanie i wyjazd po 7:00.

Oczywiście, jak to w życiu, plany rozminęły się z rzeczywistością: zamiast wyjechać o 7, wyjechałem dobrze po 11. Zmęczenie po całym tygodniu musiałem po prostu odespać – co skrupulatnie uczyniłem.

W głowie bez przerwy mieliłem dzienny plan, który zakładał minimum 5 godzin pływania. Z każdym pokonanym kilometrem w aucie upływał mój cenny czas, który mogłem przecież spędzić miło w kajaku – wszak jest tak piękna pogoda, a słońce nie odpuści aż do swego zachodu. No nic, stało się, zaspałem – trudno. Trzeba się dostosować.

Dojechałem do Cewic, skąd z firmy FamilyDay Spływy kajakowe wypożyczam sprzęt – ciężko szukać lepszego i bardziej zadbanego sprzętu niż u Wojtka i Marzeny. Tym razem postanowiłem spływać kajakiem Wave Sport Ethos 10 – piękna, czerwono-czarna maszyna gotowa do stawienia czoła trudnym zwałkom i szybkim kamienistym bystrzom. Po rozmowie z Wojtkiem zdecydowałem o wyborze szlaku do pokonania w stosunkowo krótkim czasie: śródleśnego odcinka Słupi z Soszycy do Gołębiej Góry o długości ok. 12 kilometrów.

No to w drogę! Najpierw miejsce startu, czyli Soszyca.

Tutaj schowałem 😉 sprzęt pływający w odpowiednim miejscu i solidnie zabezpieczyłem. Pojechałem na Gołębią Górę, gdzie zostawiłem auto i przesiadłem się na pojazd jednośladowy o napędzie ludzkich mięśni 😉 Pocisnąłem na miejsce startu, podziwiając po drodze leśne fragmenty Parku Krajobrazowego Dolina Słupi:

Na starcie rower umieściłem w krzaczorach, przypięty do drzewa. Rozgrzewka, sprawdzenie sprzętu, można zaczynać. Wodowskaz na stronie www.pogodynka.pl pokazywał stan wody na 30 centymetrów, co też i miało miejsce w rzeczywistości:

Praktycznie od samego początku, po minięciu bystrza pod zniszczonym mostem kolejowym, wpływamy w szum lasu. Przy brzegach da się słyszeć plusk płynącej wody: to drobne strumyki zasilające Słupię. W jednym przypadku utworzyły się niewielkie wodospady, przy których nie sposób nie zatrzymać się na dłużej.

Z prawej strony mijam osadę Jaszewo, której Gospodarze dopuścili bobry do głosu:

Swoją drogą na Słupi można spotkać wiele efektów bobrzej działalności: obgryzione do żywego konary, napoczęte pnie drzew czy po prostu drzewa zalegające w nurcie.

Rzeka za każdym zakrętem zaskakiwała różnorodnością: leniwie meandrująca woda przeistaczała się w przełomowe bystrza wysłane kamieniami, by następnie ukazać potężną piaszczystą skarpę oderwaną od macierzystego stoku wraz rosnącym na niej drzewem. Niektóre okazy tworzyły wąskie przesmyki, umożliwiające swobodne przepłynięcie pomiędzy brzegiem a świeżym wykrotem.

Płynąc w jedynce, mamy możliwość pokonania przeszkód, które z kajaka dwuosobowego stają się problemem dla osób z mniejszym doświadczeniem.

Na zdjęciu z lewej strony widzimy spory plac do zwodowania łódek po przenosce. Sam zator nie stanowił większego problemu do przejścia, wręcz przeciwnie, sprawił sporo frajdy!!! – jak widać na załączonym obrazku:

Stare, obficie porośnięte jaskrawozielonym mchem drzewa działają na mnie kojąco.

Omszała olcha wije swoje konary w wielu kierunkach, sprawiając wrażenie mitologicznej hydry; w tle oberwana dawno temu piaszczysta skarpa, bez ustanku podmywana przez płynącą wodę.

Tutaj także większość kajakarzy wysiada na brzeg i obnosi wieloletnią zwałkę. Mi udało się bez problemu napłynąć na drzewo i przeciągnąć się na drugą stronę – ułamane konary starego buka okazują się być bardzo trwałe i pomocne.

Nieco dalej, przy nieistniejącym moście, resztki swojej dawnej potęgi pokazuje wielki pień martwego dębu – nawet w takiej formie robi wrażenie.

Pogoda była wręcz wyśmienita: delikatny wiatr, dużo słońca i temperatura około 14 stopni – cóż chcieć więcej? Otóż chce się… KAWY! Czas na przerwę.

Zatrzymałem się przy zakolu rzeki, gdzie z jednej strony rósł wysokopienny sosnowy las, a teren z drugiej strony, znacznie niższy, porastały olchy. Słońce wspaniale oświetlało drzewa na wyższym brzegu:

Widok w górę rzeki był równie urzekający:

Po kawie zrobiło mi się błogo, i mógłbym tam po prostu siedzieć i czerpać moc z panującej wokół ciszy.

Jednak czas nieco naglił, albowiem został mi jeszcze kawałek do spłynięcia. I było co robić – rzeka pod koniec tego odcinka przyspiesza, nie pozwalając na jakąkolwiek nudę. Drzew w nurcie nie brakowało!

Chwilę po 16 dopłynąłem do Gołębiej Góry. Całość spływu, razem z 10-minutową przerwą, zajęła mi niespełna 2,5 godziny. Całkiem niezły czas, zważywszy na fakt iż niespecjalnie się zmęczyłem wiosłowaniem; przyjąłem tempo relaksacyjne, ale oczywiście bez leżenia okrakiem z nogami na kokpicie.

Zadowolony i rozgrzany, byłem gotów na niedzielę i stawienie czoła Wieprzy – albo przynajmniej tak mi się wydawało.

Pod Gołębią Górą powstała bardzo atrakcyjna infrastruktura: ławki, wiaty, śmietniki. Szkoda tylko, że przy samej, dość ruchliwej jednak drodze.

Zapakowałem kajak, przebrałem się w cywilne ciuchy, i wyruszyłem do Soszycy po rower. Tam urządziłem sobie obiadokolację – wszak woda wyciska wszystkie soki z człowieka.

W pewnym momencie mignęło mi duże, niebieskie auto, przejeżdżające przez pobliski most. Kierowca tego auta zahamował, cofnął się, i podjechał do mnie. Okazało się, że to Sławek – znajomy pływający z ekipą Zryty Tim! Cóż za spotkanie. Pogawędziliśmy dłuższą chwilę, po czym wyruszyliśmy w swoje strony: Sławek do domu, ja – nad jezioro Skąpe koło Miastka: tam zaplanowałem biwak. Silny wiatr zapowiadał zmianę pogody, ale jeszcze w niedzielę miała być względnie dobra. Spokojnych snów – życzyłem sobie.

NIEDZIELA

Planowałem wstać o siódmej, ale dopiero przed ósmą obudziły mnie porywy silnego wiatru wiejącego znad jeziora. Po ogarnięciu się, zjedzeniu solidnego śniadania i zapakowaniu, udałem się w poszukiwaniu dobrego miejsca na szybkie szachy. Przy tej okazji odkryłem strumień Miłacz, wypływający z jeziora Skąpego i rzeźbiący dno malowniczej doliny:

Co ciekawe, wody tego strumienia zasilają rzekę Broczynkę, która z kolei jest lewobrzeżnym dopływem Wieprzy.

Plan na ten dzień był dość ambitny. Zakładał spłynięcie Wieprzą od mostu w miejscowości Kwisno na drodze łączącej Dretyń z Łubnem, aż do wsi Bożanka, położonej przy drodze krajowej numer 21.

Większą część tego odcinka przepłynęliśmy z Madzią w ubiegłym roku, zapakowani po pachy w aquariusowych Traperach. Tym razem postanowiłem zmierzyć się z tą rzeką „na pusto”, w górskiej, zwałkowej jedynce.

Pamiątkowa fotka przed sponiewieraniem na wodzie 😉

Na wodę zszedłem o 10:40, na wysokości stacji pomiarowej Instytutu Meteorologii i Gospodarki Wodnej – Polskiego Instytutu Badawczego.

Jak miało się okazać, stan wody na widocznym poziomie to niezbędne minimum do płynięcia tego odcinka. Szczęśliwie obyło się bez holowania kajaka, lecz na praktycznie wszystkich bystrzach szurałem dnem kajaka o kamienie. Niejednokrotnie musiałem wspomagać się wiosłem, aby zejść z głazu.

Niestety, ale:

na tej stacji nie ma wyposażenia do automatycznego przekazywania danych pomiarowych

taką informację otrzymałem z IMGW.

Nieco w górę rzeki znajdują się ruiny dawnego młyna:

W tym też miejscu do Wieprzy wpływają wody rzeki Doszenicy.

Pierwsze czterysta metrów rzeki to odcinek przełomowy, w którym dominują płytkie bystrza oraz bardzo liczne zwałki – pojawiały się praktycznie co 10-20 metrów. Mniejsze, większe, bardziej krzaczaste, bardziej omszałe, poplątane i ponakładane na siebie… cała gama! Całkiem nieźle, jak na sam początek spływu.

Niektóre powalone drzewa stanowią doskonałe kładki pomiędzy brzegami. Obniżenie z prawej strony stanowiło idealne miejsce do pokonania tej przeszkody.

Kolejne plątaniny pni, konarów i gałęzi wymagały nieco więcej kombinowania:

Niektóre przeszkody tylko strasznie wyglądająprzepłynięcie ich nie sprawia z reguły problemu:

Niektóre z kolei, mimo pozornej łatwości, są niemożliwe do sforsowania: trochę za nisko, trochę za wysoko, za ślisko… tak czy owak kajak trzeba przenieść.

Pamiętałem ze studiowania mapy, że wkrótce miał się pojawić znany mi odcinek płynący pośród łąk. Faktycznie tak było – kilkaset metrów spokojnej, meandrującej rzeki pozwala na chwilę odpoczynku, albowiem w nurcie z rzadka spotykamy przeszkody, i to z tych raczej łatwych do ominięcia.

Tuż za tym fragmentem rzeka przyspieszyła, pojawiły się ogromne głazy narzutowe, a z prawej strony nachylał się ku rzece wysoki na kilkadziesiąt metrów stok porośnięty buczyną. Absolutna magia!

Chyba nie muszę mówić, że mi się tam podobało…

Nieco dalej znajdował się młyn, po którym nie został nawet ślad. W wodzie zalega wieloletnia zwałka, przez którą z łoskotem przewala się woda. Uwaga! lepiej jest opłynąć ją z lewej strony, albowiem można się zaklinować między wystającymi kołkami tuż za drzewem (co mi się przydarzyło).

Kawałek dalej znajduje się bród, przez który można się przedostać z Kwisna do Żabna – z tego miejsca startowaliśmy w ubiegłym roku.

Wieprza dalej płynie przez las, i stawia przed kajakarzem coraz to nowe wyzwania.

Aktywna działalność bobrów nie wystarcza, by zagrodzić rzekę – potrzeba jeszcze niszczącej siły wiatru i wody.

Tutaj musiałem przenieść kajak, albowiem nie widziałem żadnego światła pomiędzy kłodami. Była to dobra okazja do wypicia kawy, telefonu do Madzi, i ogólnego rozluźnienia.

Po zejściu na wodę wyszło piękne słońce, a Wieprza ponownie zmieniła się w żywe meandry wijące się pośród łąk.

Przede mną jedyna na tym odcinku stała przenoskaspiętrzenie wysokie na ok. półtora metra:

Zdecydowanie nie należy go spływać – może się to skończyć tragicznie. Za progiem znajdują się liczne pale wbite w dno, które mogą skutecznie unieruchomić kajakarza lub wyrządzić mu jeszcze większą krzywdę!

Miejsce samo w sobie jest bardzo ciekawe: możemy odnaleźć tam sporo fundamentów dawnych zabudowań. Jako takiego dojazdu do tego miejsca nie ma.

Korzystając z przenoski (prawą stroną!) zrobiłem sobie krótką przerwę na posiłek, weryfikując przy okazji swoją sytuację. Słońce powoli acz nieubłaganie chowało się za drzewami – znakiem tego podjąłem decyzję o wcześniejszym zakończeniu spływu, albowiem nie dopłynąłbym do Bożanki za jasności. Zabrakło mi tej jednej godziny, którą spędziłem nad jeziorem smacznie śpiąc 🙂

Niemniej jednak została mi jeszcze godzina bezpiecznego płynięcia w jasności dnia, zatem zapakowałem graty, otarłem buzię po posiłku 😉 i popłynąłem dalej.

Wkrótce rozpoczął się bodaj ostatni przełom rzeki na tym odcinku: w wąskim korycie o stromych zboczach woda  błyskawicznie rozpędza się, a podmywane brzegi skutecznie ułatwiają upadek rosnącym na nich drzewom.

To jeden z piękniejszych fragmentów trasy, przypominający o pierwotnym, dzikim i bezwzględnym charakterze otaczającej nas natury.

(zdjęcie niestety rozmazane, bo i ręka już nieco „latająca”).

Bystrze w kadrze: niski stan wody pozwolił kamieniom na zahamowanie kajaka, tym samym mogłem cyknąć fotkę 🙂

Było to ostatnie zdjęcie zrobione przeze mnie tego dnia. Tuż przed Bożanką zakończyłem spływ.

Po zabezpieczeniu kajaka przespacerowałem się ok. 30 minut do parkingu przy drodze krajowej nr 21, na którym czekało auto. Osuszyłem się, przebrałem w ciepłą, suchą odzież i pojechałem po sprzęt.

Była godzina 17:30, jak zapakowałem kajak na dach, i wyruszyłem w drogę powrotną po rower, a następnie do Cewic, by tam zwrócić wypożyczony sprzęt.

Około 21:30 byłem w domu – zmęczony, nieco obolały, ale z głową pełną unikatowych przeżyć i widoków.

******************

To był bardzo intensywny, aktywny weekend.

Obcowanie z naturą to dla mnie nie tylko romantyczne spacery w lesie, parku miejskim czy wypoczynek nad jeziorem. To także kontakt polegający na pokonywaniu przysłowiowych kłód rzucanych przez przyrodę pod kajak, lodowata woda pod wiosłem, potężne, omszałe kłody porośnięte przesiąkniętym wilgocią mchem i innymi organizmami. To chmara jeleni na brzegu, niebieskie iskry zimorodków, drobne rudziki uciekające przed dziobem kajaka. To wreszcie wszechogarniająca cisza, w której mierzę się ze swoimi słabościami. Z niektórymi wygrywam, z niektórymi będę się siłował jeszcze długo. Będąc na wodzie, oglądając otaczające piękno i chłonąc je, godzę się ze światem, przynajmniej na tę krótką chwilę.

I jest mi tam dobrze. Czego sobie, i innym, życzę.

******************

Wkrótce opowiem Wam o swoim projekcie pod nazwą „7 dni 7 rzek”, którego realizację zaplanowałem na połowę listopada. Trzymajcie kciuki! Będzie czad!!!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *