Roztocze i Lubelszczyzna, czyli Majówka 2019

Część I. Na rowerze.

Weekend majowy wszystkim nam kojarzy się z pierwszym prawdziwym długim weekendem w roku, kiedy nie jest już zimno, słońce grzeje nasze zziębnięte dusze, a deszcz pada tylko w nocy. Przynajmniej takie są nasze wyobrażenia. Jest też okazją do dłuższego wyjazdu w rejony, które zawsze chcieliśmy zwiedzić. W tym roku obraliśmy nasz wymarzony kierunek: Roztocze i Lubelszczyzna – rejony nam, Pomorzanom, dość odległe. Zapraszam do lektury!

Swoją opowieść rozpocznę od małej dygresji.

Lublina – stolicy województwa lubelskiego – nie znałem zbyt dobrze. Moja pierwsza wizyta w tym mieście miała miejsce w maju 2012 roku, i to nie z byle jakiej okazji. Otóż mój serdeczny przyjaciel Jacek organizował wówczas imprezę w lubelskim klubie Sound Bar.

Jako, że już wtedy miksowałem muzykę z winyli i płyt kompaktowych, a także dzieliłem się swoimi nagraniami z ogólnie pojętą publiką (innymi słowy byłem didżejem), Jacek stwierdził że również i mnie wciągnie na listę grających na owej imprezie. Był to mój debiut na scenie jako dj. Do tego czasu nie miałem nawet tzw. pseudonimu, a musiałem coś wykombinować. Nie wysilając się zbytnio, wymyśliłem: Coin. I tak już zostało. W następnych latach grywałem na różnych imprezach właśnie pod tym pseudonimem, nawet po dziś dzień zdarza mi się coś nagrać i opublicznić. To jeszcze fotka z pamiętnej imprezy w Lbn:

I wracamy do tematu.

Z reguły przed każdą większą wyprawą robię rozpoznanie w kwestii atrakcji przyrodniczych i kulturowych. Zbieram mapy, czytam przewodniki, przeglądam albumy. Okazuje się, że w Zespole Lubelskich Parków Krajobrazowych znajduje się aż siedemnaście parków! To plasuje owe województwo na pierwszym miejscu pod względem liczby terenów objętych tą formą ochrony przyrody. Inaczej rzecz ujmując: jest co podziwiać.

Z wyżej wspomnianego ZLPK oraz z innych źródeł otrzymałem mapy oraz inne ciekawe i przydatne publikacje:

Bilety na pociąg w tę i z powrotem kupiliśmy zawczasu. Pozostało tylko ustalić wstępną trasę, zapakować się i jechać. Trasa, jaką wykoncypowałem, prowadziła przez pięć parków krajobrazowych oraz jeden park narodowy. Brzmi ambitnie, lecz cała trasa mierzyła około 300 kilometrów. Że my nie damy rady przejechać 50 kilometrów dziennie? Fakt, że solidnie objuczeni, ale jednak. Nie tyle się kręciło…

Mieliśmy zatem rozpocząć do Skierbieszowskiego Parku Krajobrazowego i tam zobaczyć przede wszystkim rezerwat Głęboka Dolina. Stamtąd, lokalne drogi poprowadzą nas do Zamościa. Kolejnym przystankiem w programie był Krasnobrodzki Park Krajobrazowy i tajemniczy rezerwat Święty Roch oraz sam Krasnobród. Jadąc z Krasnobrodu mieliśmy zahaczyć o Południoworoztoczański Park Krajobrazowy, gdzie można między innymi odwiedzić rezerwat Źródła Tanwi. Następnie, jadąc przez Park Krajobrazowy Puszczy Solskiej (a w nim bodaj najsłynniejsze rezerwaty w tej części Polski: Czartowe Pole oraz Szumy na Tanwi) mieliśmy zwiedzić perłę w koronie Lubelszczyzny: Roztoczański Park Narodowy. Ostatnie dwa dni policzyliśmy na przejazd przez Szczebrzeszyński Park Krajobrazowy oraz Park Krajobrazowy Lasy Janowskie. Nasza wyprawa rowerowa po Roztoczu i Lubelszczyźnie miała zakończyć się w Kraśniku, skąd kursują pociągi do Lublina. Piękny plan, prawda?

W Lublinie przyjęli nas nasi przyjaciele: Kamila wraz z Jackiem i dziećmi. Nazajutrz wyruszyliśmy na zaplanowany szlak.


Dzień pierwszy

Rozpoczęliśmy od wysiadki z pociągu w miejscowości Izbica. Pierwsze przejechane kilometry w nowych miejscach i pośród nowych krajobrazów – nie da się ich zapomnieć, choć już tutaj dało się odczuć efekt intensywnych opadów deszczu przez ostatnie doby. Piach zmieszany z gliną kleił się do opon i napędu, ale dało się w miarę swobodnie jechać.

Dojechaliśmy drogą śródpolną i skrajem lasu do… gospodarstwa. Przemili gospodarze otworzyli nam bramy i mogliśmy swobodnie pojechać dalej, do Orłowa Murowanego i dalej do Kryniczek. Stamtąd, przecinając Las Orłowski, Chcieliśmy dojechać do Franciszkowa i dalej utwardzoną drogą do rezerwatu Głęboka Dolina.


Odcinek specjalny: Golgota

Na mapie poprowadzone są szlaki: rowerowy zielony i pieszy niebieski, zatem powinno być okej…

Cóż. Nie było okej. Tuż za Kryniczkami zaczęła się nasza mała Golgota. Droga okazała się być szerokim gliniastym korytem, doszczętnie rozjeżdżonym przez ciągniki i inne sprzęty rolnicze, a także te do zwózki drewna. Koleiny bardziej przypominały rowy melioracyjne niż klasyki z polskich dróg. Ciężko było złapać oponami jakikolwiek fragment nadający się do jazdy. Przy krótkim wymuszonym przez nawierzchnię postoju po prostu grzęznęliśmy w glinie i błocie.

W dobrej wierze („to tylko fragment”) przejechaliśmy, choć bliższe tej czynności było określenie: prześlizgnęliśmy się, około 700 – 800 metrów, pokonując przy tym kilka przewyższeń; nasze czołgi szły z górki jak bobsleje.

Dojechaliśmy wreszcie do lasu. Deszcz rozpadał się na dobre, a my, kompletnie zlani potem i zgrzani popychaniem rowerów przez ten gliniasto-błotnisty padół stoimy na skraju lasu, woda leje się z góry i z dołu, i zastanawiamy się, co poszło nie tak? Przed nami pnąca się w ostro w górę szeroka czarna wstęga czegoś, co niegdyś było zapewne drogą leśną. Po lewej ogromna rana po świeżo wyciętym lesie, wszędzie walają się połamane gałęzie i kawałki drewna, w oddali postronne drzewa oddają się piorunom, a my dosłownie zatapiamy się pośród tego chaosu.

Zrobiliśmy zwrot w tył, i ześlizgnęliśmy się z furą błota na miejsce względnie stabilne, bo obrośnięte trawą. Szybkie spojrzenie po sobie i po rowerach wystarczyło do podsumowania całej tej akcji: czerń opon zupełnie zniknęła pod grubą powłoką gliny i słomy. Z materiału osadzonego na całym napędzie można by ulepić ze cztery niemałe garnki, a z tego, co osadziło się wokół hamulców dałoby się ulepić jedną popielnicę. Jednym słowem: katastrofa. Boczną drogą, obficie porośniętą trawą, dojechaliśmy na początek tej gehenny. Po zdjęciu czterech kilogramów gliny z przedniego błotnika musiałem go na nowo zamontować, bo osad skutecznie odkręcił nakrętki (szczęśliwie miałem zapasowe), i pokuśtykaliśmy dalej.


Jak widać, humory mamy całkiem, całkiem – bo na chwilę przestało padać.

Mimo sporego zachmurzenia, Roztocze ukazało nam nieco ze swojej urody.

Głód dawał się już nam we znaki. Dojechawszy do Skierbieszowa, rozglądaliśmy się za skromnym miejscem, gdzie można zjeść choćby talerz zupy – niestety bezskutecznie.

Po strawę dla ducha wstąpiliśmy do miejscowego kościoła pw. Wniebowzięcia NMP. Budowla w stylistyce późnorenesansowej, robi wrażenie zwłaszcza z uwagi na potężne przypory.

W planach mieliśmy jeszcze zobaczenie rezerwatu Głęboka Dolina oraz kościoła w Bończy, jednak z racji panujących warunków podjęliśmy decyzję o skierowaniu się bezpośrednio do Zamościa. Po drodze udało nam się załatwić nocleg, zatem mieliśmy już spokojną głowę w tym temacie.

Po zajechaniu do Zamościa, wymyciu czołgów na pobliskiej myjni bezdotykowej, ogarnięciu się na kwaterze oraz gorącym posiłku, wyszliśmy wieczorem na Stare Miasto. Parę lat wstecz byłem tam po raz pierwszy, i byłem absolutnie zauroczony tym miejscem. Określenie miasto idealne pasuje jak ulał. Zmysł urbanistyczny oraz porządek architektoniczny założyciela miasta, wraz z współczesnymi, nad wyraz właściwymi krokami konserwatorskimi dają mi pełnię szczęścia. Jednakowej wysokości zabudowa, wspaniałe podcienie i wielobarwne, renesansowe elewacje – tak w skrócie mogę określić Stare Miasto w Zamościu. Wyraziliśmy jeszcze oboje zachwyt nad pięknie oświetlonym Ratuszem – niewątpliwą perłą architektury renesansowej – i wróciliśmy na nocleg. Sen przyszedł bardzo szybko.


Dzień drugi

Stosunkowo wcześnie wyruszyliśmy na zwiedzanie Starego Miasta. Byłem bardzo ciekaw, ponieważ za pierwszym razem nie miałem okazji, aby dokładniej przyjrzeć się detalom architektonicznym.

Nasz dojazd prowadził ulicą Partyzantów, na której mieliśmy wątpliwą przyjemność przyjrzeć się Zamościowi poza murami miasta idealnego.

Takiego nawału antyludzkiej brzydoty nie widziałem chyba w żadnym mieście w Polsce. Każda przestrzeń, na której może spocząć Twój wzrok, najeżona jest banerami, billboardami i innymi produktami reklamowymi absolutnie pośledniej jakości. Załączam kilka zrzutów z Google Street View, dla unaocznienia zastanego stanu rzeczy.

Zamojskie Stare Miasto na takim tle wydaje się faktycznie błyszczeć. Pytanie tylko, czy tak uzyskany efekt nie jest aby efektem ubocznym?

Nawierzchnie dróg bardziej przypominają koślawy patchwork aniżeli powierzchnię, po której można swobodnie poruszać się autem. Zastanawiam się czasem, w jaki sposób dostają się tutaj turyści. Czy mają przesłonięte oczy na czas przejazdu przez nowoczesną zabudowę, i zdejmują opaski dopiero podczas przejazdu przez granice Starego Miasta?

Dużo w ostatnich latach mówi się o pewnym porządku stylistycznym i zakończeniu wojny pod hasłem reklamy kontra odbiorca. Spore zasługi w tym względzie ma Filip Springer, jednak patrząc na Zamość odnoszę nieodparte wrażenie, że cały czas stoimy w latach wczesnego kapitalizmu i rozwoju najbardziej prymitywnych form reklamy.

Dość tych wynurzeń: dojechaliśmy do granicy Twierdzy Zamość.

Widok na Bastion VI (na pierwszym planie) oraz Bastion VII z Nadszańcem.

Całość założenia obronnego można objechać rowerem, co też uczyniliśmy.

www.gdziejajestem.pl/zly-przewodnik

Widok na Nową Bramę Lubelską.

Dotarliśmy do serca Zamościa.

Kamienice dookoła rynku zwracają uwagę swymi barwnymi fasadami, klasycznymi formami i matematyczną perfekcją układu.

Madzia zrobiła fajną panoramę swoim telefonem.

Ponieważ niebo rozpoczęło wygrywać swoje deszczowe melodie na nowo, poszukaliśmy miejsca na wypicie porządnej kawy i ogarnięcie mapy.

Gorąco polecam to miejsce: kawa jest naprawdę rewelacyjna, a i – jak widać – mogą ją serwować gdzie popadnie 😉

Koniec końców kawa się skończyła, a nas czekała dalsza droga.

Kierunek, w jakim zmierzaliśmy, to Krasnobród i Krasnobrodzki Park Krajobrazowy. Zjawiliśmy się tam około godziny 17. Deszcz w międzyczasie przestał padać, a nad rozległymi lasami powoli podnosiły się strzępki pary. Jeszcze zanim załatwiliśmy lokum na noc, weszliśmy na wieżę widokową (ich konstrukcja i wygląd są elementem rozpoznawczym Roztocza i Lubelszczyzny) nad dawnym kamieniołomem. Klimat był iście mistyczny.

Po rozpakowaniu się i wysuszeniu, wyszliśmy na spacer w kierunku rezerwatu Święty Roch. Do tamtejszej kaplicy Świętego Rocha doszliśmy już praktycznie o zmierzchu, a wracaliśmy wąskim lessowym wąwozem w świetle czołówki.

W bladym świetle ulicznych latarni można się zgubić. Wówczas pomocny będzie kierunkowskaz na skrzyżowaniu dróg.

idę…. albo nie idę.

W każdym razie trafiliśmy na naszą kwaterę. Kolejny dzień za nami, i malizną pachnie jeśli chodzi o zwiedzanie. Nazajutrz zapowiadają słońce, może zatem dopisze nam szczęście?


Dzień Trzeci

Ha! Oto ono! Słońce!

Rzecz jasna nie chodzi o tego dziwnego faceta na zdjęciu, tylko o największą znaną nam gwiazdę.

Jest prawie ciepło, jest sucho, jest PIĘKNIE. W końcu.

Pierwsze co, to grzejemy na wieżę widokową, na której już wczoraj byliśmy. Dzisiaj zobaczymy znacznie więcej!

U dołu widoczne zalewy rekreacyjne, a także uregulowane koryto rzeki Wieprz.

Plan na dzisiaj: Park Krajobrazowy Puszczy Solskiej. Najpierw trochę asfaltu, później świetny trakt rowerowy po żwirowej drodze pożarowej.

O ile zamknięty szlaban na wjeździe nie dziwi, o tyle głęboki dół w miejscu, gdzie z reguły się go obchodzi lub objeżdża rowerem – już tak.

Czyżby lokalni włodarze lasów mieli problem z kładowcami i krosowcami?

Docieramy do kolejnej wieży widokowej tuż nad Suścem – dosłownie i w przenośni.

Przy tej pogodzie widok na Roztocze jest po prostu niesamowity.

Stąd mamy już blisko do rezerwatu Szumy na Tanwi, dokąd po kilkunastu minutach dojeżdżamy.

Dużo ludzi zgromadzonych na miejscu odpoczynku z barem U Gargamela świadczy o popularności tego miejsca. W tymże barze posililiśmy się, po czym zostawiliśmy rowery pod opieką uprzejmego Właściciela i udaliśmy się na dłuższy spacer. Z racji dużych stromizn, wąskich ścieżek i licznych turystów postanowiliśmy iść pieszo.

Pierwsze wrażenie Szumów jest niesamowite: woda przetacza się z jednego naturalnego progu na drugi, tworząc cały ciąg mini-wodospadów o wysokości ok. 20 – 30 centymetrów, miejscami o większym spadku.

Woda płynie szybko, a liczne powalone drzewa w nurcie sprawiają, iż musi to być niezwykle atrakcyjny szlak kajakowy. Większość ruchu turystycznego skupia się wokół tego centralnego miejsca, dlatego też idąc dalej mijaliśmy coraz to mniej ludzi.

Dotarliśmy do kładki przerzuconej nad Tanwią w miejscu zasilenia jej przez wody rzeki Jeleń.

Ścieżka prowadzi przez podmokłe tereny, zatem pobudowano pomosty aby przejść tędy suchą stopą.

Odcinek ten znajduje się na prawym brzegu rzeki. Nieco dalej skręcamy w prawo i dochodzimy do krawędzi stromego zbocza doliny rzeki Jeleń. Ostrożnie schodzimy uważając na wystające korzenie sosen.

Drobny jasny piasek w korycie rzecznym mieni się w promieniach słońca niczym złoto.

Pora się wdrapać.

Zmierzamy ku niewątpliwej atrakcji tego rezerwatu – najwyższego wodospadu w tej części Polski. Po drodze jednak mijamy kilka niezwykle urokliwych miejsc – szumów.

Czasem wystarczy pójść kawałek dalej, żeby mieć sposobność obcowania naturą w ciszy.

Jeszcze kilkaset metrów, i słyszymy charakterystyczny łoskot wody. Przed nami słynny szum wysoki na półtora metra.

I Madzia na tle szumu:

Wracamy leśnym duktem. Ostatni odcinek prowadzi wzdłuż prawego brzegu Tanwi, przyglądamy się zatem szumom z innej perspektywy. Część trasy wiedzie bezpośrednio przy rzece takimi oto kładkami:

Rzut oka na rzekę:

Około 16:30 zbieramy się do dalszej jazdy. Nadchodzi odpowiednia pora, aby poszukać noclegu i ze spokojną głową nań dojechać. Na mapie, w Józefowie, dostrzegamy charakterystyczny symbol pola biwakowego – oto nasza destynacja.

Wybraliśmy niestandardową drogę poza szlakami, mianowicie leśny dukt w dół biegu Tanwi w kierunku leśniczówki Głuchy. Poza piaszczystą i momentami uciążliwą nawierzchnią jechało się nam bardzo dobrze.

Po przejechaniu mostem na drugą stronę rzeki, wąskim asfaltem dojechaliśmy do Józefowa.

Po drodze przejechaliśmy przez most przerzucony przez rzekę Sopot (na niej zlokalizowany jest rezerwat Czartowe Pole, który sobie odpuściliśmy).

Otóż na tym moście stał pewien jegomość z aparatem fotograficznym i wielkim obiektywem skierowanym w dół rzeki, na dole natomiast młody człowiek trzymał zieloną płachtę. Po krótkiej rozmowie okazało się, że Panowie wykonują dokumentację fotograficzną dla kolegów z Roztoczańskiego Parku Narodowego do tomu artykułów o przyrodzie tych terenów. Obiektami, które fotografowali, były minogi ukraińskie.

Ponieważ nie chcę odstraszać p.t. Czytelników mojego bloga okropnościami, nie zamieszczę tutaj zdjęcia najbardziej charakterystycznego elementu tej ryby – otworu gębowego. Chętnych i odważnych zapraszam do wyszukania frazy „minóg” w wyszukiwarce.

Sporą grupkę minogów udało nam się uchwycić w obiektyw:

słodziaki.

W Józefowie znaleźliśmy miejsce na rozbicie namiotu nad sztucznymi zalewami rekreacyjnymi przy ulicy Słonecznej. Namiot rozbijaliśmy już po zmierzchu – znać, że dzień jest jeszcze krótki.


Dzień czwarty

W nocy solidnie przemarzliśmy. Mimo dobrych puchowych śpiworów i dodatkowej warstwy odzieży, zimno majowych poranków nadal pozostaje dotkliwe.

Na zewnątrz silny zimny wiatr nie zachęca do wyjścia z namiotu. Po uporaniu się z problemem gasnącego gazu na kuchence, wypiciu pierwszej gorącej kawy i posiłku w postaci jajecznicy, byliśmy już nieco lepiej nastawieni do podróży. Obok nas dwóch panów spożywało piwko, jeden z nich wyszedł na spacer z małym pupilem.

Dzisiejszym celem był przede wszystkim Roztoczański Park Narodowy, czyli Roztocze w pigułce. Po drodze natknęliśmy się na skryty w gęstwinach rezerwat Szum na rzece… Szum. W biegu rzeki nie brakowało szumów.

Przez Górecko Stare i Nowe dojechaliśmy do granicy RPN. Spora liczba mijających nas rowerzystów świadczyła dobitnie o tym, że jest środek weekendu majowego. Mali, duzi, starzy, młodzi – wszyscy jeździli. Bardzo pokrzepiający widok!

Szeroką szutrową autostradą przemknęliśmy przez leśne ostępy, zatrzymując się przy stadzie owieczek:

…oraz koników polskich – zwierzęcia herbowego Roztoczańskiego Parku Narodowego:

Dojechaliśmy do Stawów Echo, w których prawie nie było wody.

A następnie udaliśmy się do Zwierzyńca, gdzie z przemiłą Panią Anetą, pracującą w Ośrodku Edukacyjno-Muzealnym Roztoczańskiego Parku Narodowego, ucięliśmy sobie dłuższą pogawędkę. Jako, że dużo wcześniej skontaktowałem się z Punktem Informacji Turystycznej, czekał na mnie biały kruk: mapa geoturystyczna RPN.

Można ją pobrać tutaj . Roztocze opisane jest w niej niezwykle klarownie oraz ze znawstwem – podobnie jak pozostałe mapy w tej serii. Szkoda, że nie ma dodruków.

Pokręciliśmy się trochę po Zwierzyńcu, zjedliśmy lody i zdecydowaliśmy o powrocie do Lublina.

Mieliśmy jeszcze kilka godzin do pociągu. W zasięgu naszych fizycznych możliwości był jeszcze Szczebrzeszyn wraz ze Szczebrzeszyńskim Parkiem Krajobrazowym. Zamiast leżeć plackiem na peronie i czekać na pociąg, pojechaliśmy niezwykle malowniczą doliną w dół Wieprza. Trzymając się lewego brzegu rzeki, przez Wywłoczkę (hehehe) i Topólczę skręciliśmy w lewo w kierunku Kawęczynka. Po obu stronach wznosiły się strome, zalesione zbocza. Niesamowite wrażenia.

Za Kawęczynkiem droga zamieniła się w polny dukt, pięknie opasany polami uprawnymi kończącymi się u podnóży rzeczonych gór.

Zanurzyliśmy się w gęsty, zacieniony Las Cetnar porastający dno oraz zbocza wąwozu o kształtach absolutnie fenomenalnych. Niech przemówi Geoportal:

Źródło: www.geoportal.gov.pl

Wypłaszczonym dnem wąwozu prowadziła droga, natomiast z lewej i prawej strony towarzyszyły nam strome „jęzory” powstające pomiędzy mniejszymi dolinkami erozyjnymi.

Źródło: www.geoportal.gov.pl

Czasem miałem wrażenie, jakby zaraz miało coś wyskoczyć zza takiego „jęzora”…

Następnie mieliśmy do pokonania stosunkowo stromy i długi podjazd, na końcu którego teren nieco się wypłaszczał. Dalej droga skręcała i prowadziła pod górę.

Bardzo malowniczą trasą dojechaliśmy do miejsca, gdzie droga była już wyasfaltowana. Podczas kilkukilometrowego zjazdu do Szczebrzeszyna zrobiłem krótką przerwę na uchwycenie przynajmniej fragmentu niesamowitego krajobrazu doliny Wieprza.

W samym Szczebrzeszynie nie spędziliśmy zbyt dużo czasu, ale koniecznością było dla mnie „zdjęcie się” z tym oto Panem:

A oto i Madzia:

Po sakramentalnym wypowiedzeniu „W Szczebrzeszynie chrząszcz brzmi w trzcinie” i dokonaniu nagrania tegoż (czym podzieliłem się na swoim facebookowym profilu, powodując ogólną wesołość gawiedzi 😉 pojechaliśmy na stację kolejową. Tam, mając dobre czterdzieści minut, zjedliśmy posiłek i wypiliśmy kawę. Na koniec naszej roztoczańskiej przygody uwieczniłem Madzię:

Zaraz nadjechał pociąg, który zabrał nas do Lublina. Tam czekały już na nas kolejne atrakcje!

CDN.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *