Quo vadis?

Myślę, że w życiu każdego z nas da się zauważyć pewne momenty przełomowe. Często są to relatywnie krótkie acz niezwykle ważne wydarzenia. Są one związane przede wszystkim z radościami, nierzadko jednak pozostają zabarwione smutkiem. Myślę, że gdyby zapytać o to kogokolwiek na ulicy, bez wahania wymieniłby dwa-trzy takie momenty. Zdarza się jednak – i to wcale nie jest odosobnione – że dojrzewamy do danego momentu w życiu, niekiedy miesiącami i latami. Po czym pewnego dnia po prostu budzimy się z dziwnym uczuciem uczestnictwa w czymś nowym; że inaczej wyglądają promienie słońca na ścianie, że zrozumiałem pewną anegdotę zasłyszaną przed laty; wspomnienie dawno przeczytanej książki wynurzyło się z otchłani pamięci i podpowiedziało „przeczytaj jeszcze raz, wówczas zrozumiesz”. Nastąpiło we mnie coś niezwykłego, nowego i niepokojącego; rodzaj przemiany. Jestem inny. Lepszy? Gorszy? Uboższy? A może bogatszy? Po prostu inny. Po jakimś czasie orientuję się w sytuacji i patrzę wstecz. Widzę ten punkt, który, choć wówczas niezauważony, zdecydował o tym gdzie jestem i co robię – tu i teraz.

Pewnego sierpniowego poranka obudziłem się z lekka oszołomiony, zarówno upałem panującym w domu jak i snem. Snem dziwnym, na pograniczu hiperrealistycznej wizji i koszmaru. To był trudny czas w moim życiu, coś w rodzaju zakrętu, choć bliżej mu było do górskich serpentyn. Nie było mowy o realizowaniu swoich pasji. Jedynie gruby tom Na Południe od Brazos Larry’ego McMurtry’ego ratował mnie przed kompletną korozją umysłu. Przepiękna książka o bardzo długiej drodze – faktycznej, jak i tej symbolicznej. Do celu, o którym podróżnicy mieli mgliste pojęcie, a mimo to zaryzykowali.

I coś tego ranka zaiskrzyło. Nagle przez moją głowę przeszła lawina myśli, sam natomiast po wypiciu jednej kawy wstawiłem kolejną. Była moc. Działaj czytaj szukaj pisz dzwoń realizuj – podpowiadało mi coś w środku.

Zacząłem szukać, trochę po ciemku, nerwowo, chaotycznie – jak zawsze kilkanaście zakładek na pasku przeglądarki, i przybywa. Węch mam całkiem niezły, więc szybko dodzwoniłem się tam, gdzie chciałem. Pamiętam kilka rozmów telefonicznych, które były przełomowe w moim życiu – to była jedna z nich.

Zapisałem się na szkolenie na przewodnika turystycznego po subregionie południowo-wschodnim województwa zachodniopomorskiego.

Niby nic, prawda? Ot, kurs jak kurs. Wielu z nas bywa na kursach i szkoleniach niekoniecznie ciekawych i potrzebnych.

Cykl szkoleń organizowany był przez Zachodniopomorską Agencję Rozwoju Turystyki. Można było wziąć udział przede wszystkim w szkoleniu na przewodnika terenowego po całym województwie, lub po jednym z czterech subregionów: północno-zachodni, północno-wschodni, południowo-zachodni i południowo-wschodni. Traf chciał, że akurat tereny południowo-wschodnie naszego województwa uwielbiam wprost szalenie, i akurat zostało kilka wolnych miejsc. Początek planowano na połowę września, a głównym miejscem spotkań był przepiękny Szczecinek. Trafiło mi się, jak ślepej kurze ziarno.

W swoich podstawach szkolenie miało być wielostronne: od podstaw psychologii grupy i radzenia sobie w trudnych sytuacjach podczas pracy przewodnika, przez zajęcia z historii sztuki i ogólnie pojętej geografii, aż po wycieczki terenowe – wisienki na torcie. Program sam w sobie wydawał się bardzo atrakcyjny. Program – programem, formalności formalnościami. Zostawię je nieco na boku, albowiem w ostatecznym rachunku jest to mało ważne. Najważniejsze zaś – to ludzie.

W trakcie pierwszego spotkania grupy okazało się, że nie ma wśród nas przypadkowych osób. Mało tego: pierwszy raz w życiu poczułem tak silne poczucie wspólnoty w grupie; że trafiliśmy tam po to, aby poszerzyć swoje horyzonty, zdobyć doświadczenie i koniec końców także certyfikat, by móc rozpocząć pracę jako przewodnik turystyczny.

Większość z Nas to osoby mieszkające na stałe w regionie, którego dotyczyło szkolenie. Skład przedstawiał się następująco:

Z Czaplinka mieliśmy silną grupę, reprezentowaną przez Jolę, Gosię i Martę.

Z Bornego Sulinowa dołączyła Wiola i Mirek.

Z Barwic i okolic swój akces zgłosiła Agnieszka oraz Wojtek.

Najliczniejsza ekipa to rzecz jasna Szczecinek. Naszymi gospodarzami byli Ania, Iwona, Bernadeta, Ewa, Paulina oraz Mateusz.

Z dalekiego Chrzanowa dojeżdżał do nas niestrudzony Romek, natomiast znad morza, a ściślej z Gąsek, w kursie uczestniczyła Danusia wraz z Gieniem.

Natomiast ja z Koszalina.

Oto my:

Przy Wydrzym Głazie w DPN.

Większość zajęć stacjonarnych odbywała się w murach zrewitalizowanego szczecineckiego Zamku, w salach o niesamowitych widokach na jezioro Trzesiecko. Tutaj właśnie dowiedzieliśmy się między innymi o podstawach pracy przewodnika, a także poznaliśmy ważne informacje dotyczące zarówno historii jak i geografii Pomorza. Ponadto w bardzo ciekawym wykładzie przedstawione zostały nam aspekty prawne turystyki w Polsce i funkcjonowania przewodników turystycznych. Lekcja niezwykle pouczająca.

Aby jednak móc być przewodnikiem, należy poznać teren, po którym chcemy oprowadzać. Stąd też głównymi punktami kursu były wycieczki. A jak wycieczki, to bus. A w busie…

…rozliczne dyskusje i rozmowy. No i masa śmiechu!

Ale wycieczki przede wszystkim przewodnictwo. Otóż do większości wycieczek nasi Szkoleniowcy opracowali listę tematów dotyczących regionu, po którym się poruszaliśmy. Każdy z nas losował temat, który miał opracować, a następnie go przedstawić: w busie bądź w terenie. Praktyka przede wszystkim – takie hasło przyświeca naszym trenerom.

Niektórzy byli przygotowani wręcz perfekcyjnie:

Ania rozpoczyna swą opowieść o kościele w Barnimiu.

Co bardziej pracowici sporządzali skrupulatne notatki.

Agnieszka notuje…

Zdarzało się, że potrzebna była chwila, żeby odświeżyć sobie wiadomości…

„Nie mogli tego streścić w dwóch-trzech zdaniach?”

Ale prawda i tak wychodziła na jaw.

ding dong.

Roman opowiedział legendę o kamieniu szlifierskim w Kaliszu Pomorskim wręcz śpiewająco:

Z Wojtkiem natomiast postanowiliśmy sprawdzić możliwości owego kamienia.

auuuuć…

Zdarzało się, iż trzeba było przecierać szlaki:

„Dokąd ten przewodnik nas prowadzi???!!!”

Inni zajęci byli poszukiwaniem skarbów na Szwedzkich Szańcach w Drawieńskim Parku Narodowym. Dość bezskutecznie, zważywszy na fakt iż ten poszukiwacz miał w ręku – nie wiedzieć czemu? – mapę województwa podkarpackiego. Turysta…

„to było gdzieś tutaj… a może nie?”

Chłopina tego skarbu chyba nie odnalazł, bo nieco później spotkaliśmy go w Muzeum PGR w Bolegorzynie.

APUDZIESZTY!!!!

Czasem żarty szły w odstawkę, zwłaszcza gdy kobiety wytaczały takie „argumenty”… z Muzeum Zimnej Wojny w Podborsku.

„nie rozśmieszaj mnie, bo nigdy tego nie wytoczymy!”

Droga jest nasza! Choć na dobrą sprawę to wszystkie drogi były nasze.

Przede wszystkim nie mielibyśmy tak pięknych zdjęć z wycieczek, gdyby nie nasz niezawodny Mirek.

Mirek „złapany” w obiektyw przez Paulinę 😉

Mieliśmy także przyjemność poznać mieszkańców terenów, po których podróżowaliśmy; osoby niezwykle barwne, ciekawe i pomocne. Ukłony w ich stronę.

Byliśmy także w miejscach, które skłaniają do głębszej zadumy i refleksji, zwłaszcza w miejscach o historii trudnej i często tragicznej.

Znalazło się dużo miejsca na ogólnie pojęte sacrum. Miejscem absolutnie wyjątkowym na mapie Pomorza jest cerkiew w Białym Borze. Nie pozostawia nikogo obojętnym.

Z racji intensywności kursu i cotygodniowych zjazdów chyba każdy z nas odczuł w pewnym momencie zmęczenie oraz przebodźcowanie. Jest to moim zdaniem rzecz naturalna, i prędzej czy później pojawiają się takie odczucia. Poza tym wszyscy mamy także swoje życie, które chcąc nie chcąc w określony sposób cierpi z powodu naszej nieobecności.

Ponadto ilość informacji, którą przyjęliśmy naraz, jest kolosalna, i dużo czasu minie, nim uda się nam przyswoić tę wiedzę.

Spora część z kursantów – mnie nie wyłączając – w niezliczonych miejscach była po raz pierwszy w życiu. Zastanawiam się często, jak to możliwe: mieszkamy bardzo blisko tak ciekawych i pięknych miejsc, a odkrywamy je tak późno.

W każdym razie wartością absolutnie dodaną i niezamierzoną, jesteśmy My. Każdy z nas wniósł w to uniwersum część siebie, bez której obraz jest uboższy i zniekształcony. Doświadczenia, historie, wiedza, umiejętności, humor i podejście do życia – wszyscy to wprowadziliśmy we wspólnie stworzony, niewielki a przebogaty świat.

Chcę Wam podziękować za te wspaniałe chwile. Niezwykle ciekawe i mądre rozmowy, poczucie humoru, wiedzę. Za te momenty przywracające wiarę w to, co dobre, wartościowe i piękne – dziękuję.

Osobiście dziękuję również trenerom – przewodnikom, którzy współtworzyli tę atmosferę:  Tomkowi i Małgosi Dudom, Izie Opas-Zajdlewicz, Piotrowi Letkiemu, Tomkowi Olechwirowi oraz Pawłowi Redmannowi. Podziękowanie zechce również przyjąć Andrzej Krawczyk – nasz dzielny kierowca.

4 myśli w temacie “Quo vadis?”

  1. Spotykałem się w życiu z rożnymi ludźmi. Politykami, znanymi sportowcami, pisarzami …. Czekam, aż zobaczę afisze: Zapraszamy na spotkanie ze znanym pisarzem Michałem Kulesza ….
    Jesteś Michał rewelacyjny. Bierzemy udział w tym samym spektaklu, ale tak fantastycznie to opisać, potrafisz tylko TY !
    Roman

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *