Pradolina Łeby – Redy, czyli Terra Incognita

I. Pradolina Łeby – Redy. Garść wspomnień

W dzieciństwie i młodości nierzadko jeździłem pociągami. Najczęstszym kierunkiem było Szczytno na Mazurach, w którym mieszkali moi dziadkowie. Trasę kolejową z Koszalina do Szczytna znam po dziś dzień i nadal umiem wymienić wszystkie stacje, na których zatrzymywał się pociąg pospieszny. Sławno, Słupsk, Lębork, Wejherowo, Reda, Rumia, Gdynia Główna Osobowa, … aż do końcowej stacji w Szczytnie.

Praktycznie zawsze podroż była dla mnie miłym przeżyciem. Fragment trasy pomiędzy Słupskiem a Wejherowem, pokonywany zarówno pociągiem jak i autem, wydawał mi się zupełnie inny od pozostałych. Pociąg wyjeżdżał z gęstego, pagórkowatego lasu na bardzo szeroką dolinę o praktycznie płaskim dnie. Po jej bokach wyrastały wysokie, gęsto zalesione zbocza, sprawiające wrażenie stromych. Ponieważ linia kolejowa biegnie praktycznie równolegle do drogi krajowej numer 6, jazda autem oferowała niemal identyczne widoki. Na dnie doliny położone jest bardzo urokliwe miasto Lębork.

Wiele lat upłynęło od tamtego czasu, jednak widoki i wrażenia z okolic Lęborka głęboko zapadły w mojej pamięci. Wraz z rozwojem mojej fascynacji formami krajobrazu i ogólnie pojętą przyrodą, naturalną koleją rzeczy potężna Pradolina Łeby – Redy – bo tak się nazywa wspomniana wcześniej forma geomorfologiczna – znalazła się na coraz dłuższej liście miejsc, które chcę poznać.

Kilka słów o samej Pradolinie. Powstała ona podczas jednej z ostatnich faz zlodowacenia północnopolskiego (Wisły) kilkanaście tysięcy lat temu. Masy wody pochodzące zarówno z topniejącego lądolodu jak i odpływającej z lądu nie mogąc znaleźć naturalnego ujścia ku północy (uniemożliwiał to lądolód) odpływały równoleżnikowo, najczęściej na zachód, w kierunku Morza Północnego. Tak powstała między innymi pradolina warszawsko – berlińska oraz toruńsko – eberswaldzka. W przypadku pradoliny Łeby – Redy w obecnej chwili jej koryto wykorzystują dwie rzeki, tworzące nazwę owej formy geomorfologicznej: Łeba płynie generalnie na zachód, natomiast Reda – na wschód.

Co ciekawe, koryto Łeby jest oddalone od obszaru źródliskowego Redy o raptem 1400 metrów.

Na podstawie obrazu z Geoportalu opracowałem poniższą grafikę. Zaznaczyłem na niej kilka istotnych form krajobrazu, o których też będę wspominał poniżej.

 

1. Pradolina Łeby – Redy. 2. Dolina Górnej Łeby. 3. Rezerwat Przyrody „Paraszyńskie Wąwozy”. 4. Pradolina Kaszubska. 5. Jezioro Łebsko. Źródło: www.geoportal.gov.pl

Na stronie Państwowego Instytutu Geologicznego znalazłem taki oto bardzo ciekawy model 3D, analogiczny do grafiki.

Źródło: www.pgi.gov.pl

**********

II. Pradolina Łeby – Redy. Relacje z podróży.

Będąc kajakarzem, nie sposób nie słyszeć o rzece Łebie, a ściślej o jej górnym odcinku od Tłuczewa do Paraszyna. Przy odpowiednio wysokim stanie wody spływ gwarantuje nam niezapomniane emocje. Takie też przeżyłem w połowie lutego, gdy wybrałem się z trójką znajomych pokonać tę nieposkromioną rzekę.

Krótki opis spływu znajdziecie pod tym linkiem.

A film poniżej:

Obszar ten na tyle mnie zafascynował, iż zdecydowałem o jego zwiedzeniu, tyle że na piechotę.

Pojechaliśmy tam z Madzią tydzień po naszym spływie, zatrzymując się u przyjaciół: Kasi i Waldka w Izbie Regionalnej w Rokitkach. Niezwykle urokliwy budynek dawnej szkoły, serdeczność Gospodarzy i piękna okolica – czegóż chcieć więcej?

Pogoda co prawda w sobotę nie dopisała, ponadto wyszło całe zmęczenie z dwóch i pół tygodnia bardzo intensywnej pracy. Niemniej jednak udało nam się zobaczyć rezerwat Źródliska Karwickie:

A także widok na dolinę rzeki Unieszynki oraz w oddali na Pradolinę Łeby – Redy ze wzgórza Stolniczka:

Niedzielę zagospodarowaliśmy na wycieczkę po rejonie Paraszyna, aby poznać dokładniej te niezwykłe krajobrazy.

Uzyskawszy sporo ciekawych informacji od Pani Lilianny Koszutowskiej z Nadleśnictwa Strzebielino łatwiej mi było odnaleźć się pomiędzy głębokimi wąwozami objętymi ochroną rezerwatową jako Paraszyńskie Wąwozy.

Od parkingu przy leśnictwie Paraszynek rozpoczyna się strome podejście na sam szczyt Jeleniej Góry.

Można poczuć się zupełnie jak w górach, albowiem z każdym metrem jesteśmy coraz wyżej, i wyżej… od dna pradoliny dzieli nas 140 metrów w pionie.

Na jednym z wzniesień o urokliwej nazwie Jelenia Góra Nadleśnictwo Strzebielino pobudowało platformę widokową, z której rozpościera się, zapierający dech w piersiach, panoramiczny obraz pradoliny.

Nacieszywszy oczy, ruszyliśmy na południe w kierunku doliny górnej Łeby. Po drodze napotkaliśmy Kamienne Mosty, czyli kolejny przykład wykorzystania eratyków na potrzeby okolicznych mieszkańców.

pośród potężnych wzniesień zeszliśmy utwardzoną drogą w stronę osady Porzecze.

Na poboczu, wraz z połamanymi gałązkami, znaleźliśmy takie oto cudo:

Setki splątanych nici, węzełki, odrosty… Jest to gatunek porostu, którego jeszcze nie zidentyfikowałem.

Narośla na drzewach jak zwykle przybierają fantazyjne formy:

W samym Porzeczu znajduje się kilka gospodarstw malowniczo położonych na dnie doliny.

Wiał silny wiatr, zatem czym prędzej skierowaliśmy się w stronę lasu. Po drodze zaobserwowaliśmy kilka koni, pasących się na pobliskiej łące:

Znacząca wymiana spojrzeń…

Przy wejściu do lasu, tuż nad rzeką, ktoś radośnie wysypał stertę gruzu. I zabawek.

Przeszliśmy przez Łebę na spiętrzeniu rzeki, dzięki któremu kanałami doprowadzona jest woda do pobliskich stawów rybnych. Następnie, niebieskim szlakiem rowerowym, przeszliśmy się wzdłuż rzeki, dopóki pod nogami mieliśmy twardy grunt.

Wdrapaliśmy się po stromym zboczu, a następnie drogą doszliśmy do Paraszyna. Miejscowość ta zrobiła na nas przygnębiające wrażenie pustki i zaniedbania. Dwór, niegdyś tętniący życiem, dziś jest zapuszczoną i niszczejącą budowlą. Tylko wielkie agresywne psy przypominają, iż dwór ma jeszcze właściciela.

Widoki były miejscami rodem z horroru.

Na pożegnanie z Paraszynem Madzia przytuliła się do pięknego pomnikowego dębu:

Po czym wyruszyliśmy z powrotem na parking do samochodu.

*******

Całość naszej wędrówki liczyła nieco ponad 17 kilometrów po mocno zróżnicowanym terenie: od płaskich tras wiodących drogami pożarowymi, poprzez zapomniane ścieżki leśne, aż po niemal wspinaczkę po stromych i śliskich zboczach rozlicznych wzniesień.

Atrakcji było co niemiara. Jestem przekonany że wrócimy tam, gdy tylko wiosna tchnie nieco zieleni życia w ten bądź co bądź późnojesienny krajobraz.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *