Iński Park Krajobrazowy – do źródeł Iny – Drawieński Park Narodowy. Część pierwsza (z dwóch)

Dzień Pierwszy

Swoją kolejną wyprawę rozpoczynam z Runowa Pomorskiego, dokąd dowozi mnie pociąg. Ponieważ nie było miejsca dedykowanego rowerom, przemiła Pani Kierownik Pociągu poleciła mi, abym rower ustawił w pierwszym wejściu do pierwszego wagonu, siebie natomiast usadził w pierwszym przedziale, zarezerwowanym dla obsługi pociągu. Dobry start! – pomyślałem sobie, wysiadając już na mojej stacji. Na peronach pusto, w poczekalni pusto. Niebo bezchmurne.

DSC00499

Parę lat temu miałem tu przesiadkę, na którą czekałem kilkanaście minut, i wówczas zaintrygowała mnie obrotnica kolejowa, oraz sąsiadująca z nią lokomotywownia.

DSC00503.JPG

Coraz mniej takich obiektów pozostaje w realnym kształcie, najczęściej ulegają one zrujnowaniu bądź też równane są z ziemią (smutny przypadek potężnej, kilkunastostanowiskowej lokomotywowni w Słupsku). Ciekawym obiektem jest również wieża ciśnień widoczna w oddali na pierwszym zdjęciu. Jej górny zbiornik jest całkowicie odziany w stal. Brak jest drewnianej elewacji, tak często spotykanej na wieżach ciśnień przy mniejszych stacjach kolejowych.

Kieruję się do Węgorzyna, gdzie w Bibliotece Miejskiej funkcjonuje informacja turystyczna. Oprócz materiałów promocyjnych otrzymałem tam mapę powiatu łobeskiego, niezwykle pomocną podczas pierwszego dnia wyprawy. Jadę na wschód, do miejscowości Przytoń. Po drodze wspiąłem się z rowerem na dość strome wzniesienie zwane Alinowym Wzgórzem. Rozpościera się z niego imponujący widok na okolicę, z linią kolejową Runowo – Drawsko Pomorskie, jeziorem Przytoń oraz urokliwą rzeźbą terenu.

W samej Przytoni zainteresowałem się zabytkowym kościółkiem, stojącym na wzniesieniu w zachodniej części wsi.

DSC00509.JPG

Ciekawy detal.

Ponieważ świątynia była standardowo zamknięta, zapytałem jedną z przechodzących obok mieszkanek, czy ktoś tutaj ma klucze, albowiem chciałbym wejść do środka i zobaczyć, co też się tam kryje. Po chwili zawahania i uzyskania mojej zdecydowanej odpowiedzi TAK na zadane pytanie „Czy bardzo Panu zależy aby wejść?„, owa Pani pozyskała klucz od sąsiadki, i umożliwiła mi przekroczenie progu kościoła. Owa mieszkanka Przytoni okazała się osobą niezwykle rozmowną i miłą, opowiedziała mi parę szczegółów dotyczących dawnych lat, remontów tu przeprowadzanych i planowanych w najbliższym czasie. Po wyjściu zaproponowała mi jeszcze obejrzenie dzwonnicy, czemu rzecz jasna nie odmówiłem.

DSC00539 (Copy).JPG

Z zewnątrz wieża była niedawno remontowana, przez co nie wygląda na pierwszy rzut oka na zabytkową (nowe, ciemne deski). Jednak po wejściu do środka od razu uderzył mnie charakterystyczny zapach drewnianych budowli zabytkowych. Konstrukcja dzwonnicy jest praktycznie niezmieniona, poza dosłownie kilkoma belkami, które zapewne z racji zarażenia jakimś drewnojadem musiały zostać wymienione.

Belki konstrukcyjne kościoła są niestety w dużo gorszym stanie, zwłaszcza te od strony dzwonnicy:

Co ciekawe, obok wieży znajdowały się trzy stele nagrobne, leżące poziomo. Prawdopodobnie odwrócone licem do dołu, albowiem nie zauważyłem żadnych, choćby płytkich, inskrypcji. To jedna z nich:

Na zachodnim skraju działki, pod drzewem, znajduje się sterta takich stel oraz ich fragmentów. Jest to z całą pewnością efekt „sprzątania” terenu wokół kościoła, co spowodowało zmieszanie ze sobą  oraz pękanie płyt nagrobnych, a także oderwanie ich od zmarłych, którzy pozostali w ziemi. Od strony prezbiterium natomiast znajduje się pomnik ku czci mieszkańców Przytoni i okolic, poległych w pierwszej wojnie światowej (tak sądzę na podstawie znanych mi pomników i tego, co udało mi się odczytać), na szczycie którego proboszcz parafii ustawił figurę Matki Boskiej. Litery głównego tekstu, umieszczonego na boku cylindrycznego kamienia u szczytu pomnika są dość słabo czytelne. Jeszcze trudniej odczytać to, co widnieje na czterech kamiennych płycinach w korpusie.

Moim następnym celem było Ińsko. Chciałem dojechać tam nieco bardziej urozmaiconą drogą, mianowicie niebieskim szlakiem pieszym, omijając od wschodu jezioro Przytoń. Z reguły takie pomysły kończą się poznaniem czegoś nietypowego oraz oglądaniem ciekawych krajobrazów, lecz tym razem nie pykło: zgubiłem się razem z gps’em w telefonie (pokazywał dziwne, nieistniejące trasy). Wciągałem i wpychałem rower pod strome zbocza, jeździłem po koleinach o głębokości do pół metra – tutaj ewidentna działalność ZUL’i się kłania. Straciłem dwie godziny na nerwach i szarpaniu się, zanim jakimś cudem odnalazłem drogę i wyjechałem na krajową 20, skąd prułem dalej na południe drogą również średnio ciekawą, aż do drogi wojewódzkiej 151, i dalej prosto do Ińska.

Ponieważ wieczór zbliżał się nieubłaganie, należało zorientować się w kwestii noclegu. Pierwsze pole namiotowe, do którego zadzwoniłem, liczyło sobie 27 złotych za nocleg bez prysznica (ten dodatkowo płatny), poprosiłem o pomoc moją Madzię. czaswlas.pl pokazywał na miejsce biwakowania nad jeziorem Okuny (Okunie), przy słynnej Ińskiej Wstędze. W drogę! Korzystając już z mapy „Ińsko i okolice” wydawnictwa Compass, otrzymanej w ińskiej informacji turystycznej, mieszczącej się w tamtejszym kinie nad jeziorem, dojechałem na miejsce około 19. Po uiszczeniu opłaty 5 złotych u dzierżawcy, mieszkającego po drugiej stronie drogi, rozbiłem namiot, szybko się umyłem w już zimnej wodzie jeziora, i hop! do śpiworka. W nocy, oprócz imponującego rykowiska, dało się słyszeć dziwne odgłosy. Było to dla mnie tym bardziej intrygujące, iż wcześniej nie znałem wcześniej takich dźwięków, i wydawało mi się, że to ktoś gra dość nieporadnie na drewnianej fujarce. Tak koślawo to brzmiało, jakbym to ja sam grał, lecz było to – sami przyznacie – dość mało prawdopodobne. Magda uświadomiła mnie, iż jest to odgłos sowy, a ściślej: puszczyka. Nagrałem go, na pamiątkę:


Dzień Drugi

Piękny, słoneczny poranek. To będzie dobry dzień.

DSC00542.JPG

Przy porannej kawce miałem gości – lokalsów.

Copperfieldowi tym razem dosłownie nie wyszło.

DSC00553.JPG

Śniadanie, pakowanie, kąpiel w jeziorze. O 10 już byłem gotów do drogi. Z mapą na stole, planuję trasę na dziś: źródło Iny, Ińska Wstęga oraz, jeśli czas pozwoli, Recz. Rzecz jasna plus to, co pojawi się po drodze.

Ponieważ najpierw chciałem dotrzeć do źródła pięknej rzeki Iny, udałem się na wschód, jednak nie Wstęgą – nią planowałem przejechać w całości z powrotem, od Ciemnika do Dobrzan – lecz drogą pożarową nieco na południe od Wstęgi, oferującą również piękne widoki.

W Ciemniku pierwszy raz przejeżdżam przez Inę. W tym miejscu rzeka jest już dość szeroka, jednak po południowej stronie mostu zarasta, pozostawiając niewiele przestrzeni na wiosło kajakarza. W samej wiosce zatrzymałem się pod kościołem (rzecz jasna zamkniętym). Ciekawa konstrukcja, a także fakt, iż przeniesione zostało wejście: ze wschodu na zachód. Z dawnego wejścia pozostały stopnie, żelazna „wycieraczka pionowa” do czyszczenia podeszw obuwia, żelazny krzyż i ślad po zamurowanym wejściu.

 

Za kościołem skręciłem w lewo, w drogę wybrukowaną kamieniami polnymi. Byłaby naprawdę atrakcyjnym miejscem na spacer (zwłaszcza jeśli weźmie się pod uwagę niewielką, acz obrośniętą owocami jabłoń po lewej stronie… oczywiście nabrałem ich tyle, ile mogłem!), gdyby nie to, co leżało głównie po prawej stronie, czyli… śmieci. Nie, żeby jakieś pojedyncze papierki, butelki, puszki po browarach. Nie. Regularne sterty śmieci. Co 10-20 metrów: a to odpadki domowe, a to gruz, a to pieluchy,  opony, plastiki. Dziesiątki takich stert, jedna obok drugiej. Co najciekawsze, nie wyrzucano tego w jedno miejsce, co w sumie powinno być logiczne (ktoś to  prędzej czy później sprzątnie, więc czemu nie ułatwić mu roboty?), ale każdy w miejsce wyjątkowe, przez siebie upatrzone, nie skalane cudzymi śmieciami. Brak mi słów, ale że już nie raz takie coś widziałem, to widok ten mi spowszedniał.

Dojeżdżam do asfaltowej drogi łączącej Oleszno z Czertyniem, czyli większej części północno – zachodniej granicy Centrum Szkolenia Wojsk Lądowych Drawsko, zwanego potocznie poligonem drawskim. Są to tereny niezwykle bliskie memu sercu, albowiem przez ładnych kilka sezonów, pracując w Muzeum w Koszalinie, uczestniczyłem w wykopaliskach archeologicznych w samym sercu poligonu, na legendarnym stanowisku Nowy Łowicz: ogromnym cmentarzysku kurhanowym kultur: łużyckiej i wielbarskiej. Temu arcywyjątkowemu dla mnie miejscu na pewno poświęcę osobny wpis. Tymczasem w dniach 11 – 12 października 2018 roku na Poligonie, a ściślej w Olesznie k. Drawska Pomorskiego, moi serdeczni przyjaciele w osobach mgr. Andrzeja Kasprzaka z Muzeum w Koszalinie oraz dr hab. Adama Cieślińskiego z Uniwersytetu Warszawskiego organizują konferencję naukową z okazji 30. rocznicy rozpoczęcia badań wykopaliskowych w Nowym Łowiczu. Program konferencji:

Wracając do poligonu:

Kto był, ten wie. Kto oglądał telewizję i słyszał o niefrasobliwych grzybiarzach przemierzających lasy poligonu podczas ostrych strzelań, ten wie, że może to być dość kosztowne w sensie finansowym (kara od 500 złotych w górę), oraz w sensie ostatecznym: kalectwa lub utraty życia. Ponieważ byłem tego świadom, nie zagłębiałem się w teren poligonu, chcąc dotrzeć tylko do źródeł Iny, około 1,5 – 2 kilometrów od granicy. Po drodze minąłem relikty po dawnych mieszkańcach tego terenu: aleja drzew prowadząca do zabudowań oraz tychże ruiny.

Z opasłej monografii historycznej poligonu pióra dr. Zbigniewa Mieczkowskiego (Poligon Drawski w trzech odsłonach, Drawsko Pomorskie 2016, s. 170-171) nie wynika jednoznacznie, aby były to ruiny dawnej osady Ihnathal (pol. Inica). Natomiast przy samym źródle Iny, w promieniu nie więcej jak 30 metrów, dało się zarejestrować liczne relikty architektoniczne w postaci fundamentów co najmniej kilku budynków, w tym jednego położonego ok. 10 metrów od samego źródła. Uważam, że w tym temacie jest jeszcze sporo do zbadania. Tymczasem…

Dotarłem.

Nie wygląda to jakoś spektakularnie, ale też nie spodziewałem się fajerwerków. Samo wskazanie palcem źródła, w stylu „OOOOOO, TO TU!” jest trudne z powodu silnie podmokłego terenu równo przeoranego przez dziki, oraz niespełna dwumetrowych pokrzyw, gęsto porastających owych kilkanaście metrów kwadratowych. Przeszedłem się wzdłuż lewego brzegu, chcąc sprawdzić czy Ina tutaj w ogóle płynie. Otóż tak! Płynie! Choć trzeba mocno wytężyć wzrok aby ujrzeć prąd w wąskich przesmykach między gęstym kożuchem.

Pierwsze kilkadziesiąt metrów rzeka płynie pośród olch.

Dwa kilometry dalej przepływa pod drogą łączącą Oleszno z Czertyniem. Tutaj już wygląda jak rasowy strumień, woda oczywiście przejrzysta i lodowata. Ciek tutaj jest na tyle głęboki, iż kajakarz w jedynce dałby sobie radę. Ja w każdym razie próbowałbym. Gorzej z zarośniętym niżej korytem.

DSC00607.JPG

Po takiej przeprawie człowiek wygląda jak mobilne wiwarium. I – może w to nie uwierzycie, co jest prawdopodobne – ale jest to w zupełności do przeżycia, o ile nie przeszkadzają Wam hektary pająków (różnorodnych), trzcin, chwastów i innej podmokłej menażerii, komarów nie wyłączając. I to wszystko na Was. Wspaniałe uczucie!!!

Wracam do Ciemnika przez Gronówko. Tam dość niecodzienny (przynajmniej dla mnie) widok, na który gęba się cieszy od ucha do ucha:

DSC00609.JPG

Skróciwszy co nieco drogę, pozwalam sobie zażyć dość zimnej „kąpieli” w Inie. Zwracam uwagę na głębokość tej rzeczułki. Temperatury nie widać, ale nie była zbyt wysoka. Dalej jestem pod wrażeniem klarowności wody.

DSC00610.JPG

Ruszam Wstęgą Ińską do Dobrzan. Muszę przyznać, że choć droga jest niewątpliwie urokliwa, to jednak zdarzało mi się jechać dużo bardziej atrakcyjnymi drogami.

W Dobrzanach przerwa na obiad, i jadę dalej, tym razem w kierunku Recza. Jest już godzina 17:00, zatem czasu zostało mi niewiele. Postanawiam jednak urozmaicić sobie podróż. Na mapie zauważyłem drogę utwardzaną, z licznymi zakrętami i ewidentnym zjazdem do doliny rzeki Pęzinki. Na mapie cała trasa była zalesiona, Zatem w drogę! Z Dobrzan kierujemy się na miejscowość Krzemień. Po paru kilometrach skręcamy w prawo w drogę pożarową nr 18. I tą drogą dojeżdżam niemal do samego Błotna. Gorąco polecam tę trasę, choć może nawierzchnia pozostawia wiele do życzenia (kocie łby i kruszący się asfalt), ale wrażenia niezapomniane, zwłaszcza przy zjeździe do doliny rzecznej.

Ponieważ mam już upatrzone miejsce na nocleg, spokojnie przemierzam kolejne kilometry. W miejscowości Sokoliniec mój wzrok przykuwa wyłaniająca się zza drzew oktagonalna wieża neogotycka. Jest bardzo wysoka, postanawiam zatem rzucić okiem na ten obiekt. Wąska ścieżka, wskazana mi przez uprzejmego Pana Lokalsona, prowadzi do pałacu w Sokolińcu, powstałego w 1862 roku. Całość koszmarnie zarośnięta.

Strach wchodzić do środka: duże otwory wybite w posadzce, ukazujące pomieszczenia wysokie może nawet na trzy metry. Wszędzie cegły, gruz, dzika roślinność. Koniec żartów, przejmujemy cywilizację – aż krzyczą pnącza i samosiejki klonu.

Po 1945 roku obiekty przejęło Państwo, w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku prężnie funkcjonował tu PGR, a w budynku były biura, sala taneczna, a nawet kino! Teraz nie ma ani śladu po niedawnej świetności.

Słońce powoli zachodzi, odjeżdżam z Sokolińca z wyraźnym uczuciem niesmaku i żalu. O Recz zahaczam tylko z konieczności, kierując się na południe, do Chełpy, przez Rajsko, Żeliszewo i jednodomową osadę Chełpina. Po zmierzchu rozbijam namiot nad malutkim jeziorem Chełpa. Wieczorna higiena i lulu. Śpię jak zabity, regenerując swe siły na kolejny, trzeci dzień wyprawy.


Dzień Trzeci

DSC00628
hmmm, od czego by tu zacząć w taki piękny poranek…?

cdn.

1 myśl w temacie “Iński Park Krajobrazowy – do źródeł Iny – Drawieński Park Narodowy. Część pierwsza (z dwóch)”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *