Za górami, za lasami… czyli spacer po dolinie Dębnicy

Pogoda wyjątkowo dopisuje nam tej jesieni. Dużo słońca oraz idące z nim w parze stosunkowo wysokie temperatury sprawiają, że nogi same niosą na spacer. Niestety, z każdym dniem – co każdy z nas zauważa – szybciej zapada ciemność. W ciągu tygodnia pozostają nam spacery po kołobrzeskich promenadach i oglądanie ciemnego morza, którego końca i tak nie widać – nawet przy doskonałej pogodzie. Weekendy z kolei, od połowy września, spędzam na zajęciach w ramach kursu na przewodnika turystycznego z fantastycznymi ludźmi, o których niedługo napiszę.

Zatem – co tu dużo mówić – czasu na własne eksploracje nie ma zbyt dużo. W ostatnią niedzielę postanowiłem zrobić sobie wagary z zajęć przewodnickich, i pojechać z Madzią na długi spacer. Wybór miejsc w promieniu do stu kilometrów jest właściwie nieograniczony. Postanowiliśmy pojechać nad jezioro Dębno niedaleko Barwic, i stamtąd udać się w doliną rzeki Dębnicy w dół jej biegu. Niedawno od Lokalnej Organizacji Turystycznej „Polodowcowa Kraina Drawy i Dębnicy”, z siedzibą w połczyńskim ratuszu, otrzymałem wspaniały komplet materiałów turystycznych dotyczących geoparku PKDiD. Prezentują się one tak:

Źródło: https://www.facebook.com/polodowcowa/, dostęp: 16 listopada 2018 r.

Dla mnie, jako początkującego geoturysty, są to rzeczy zupełnie nowe i niezwykle atrakcyjne. Tym chętniej wybraliśmy część ścieżki Dolina Dębnicy. Dodam, że wytyczonych zostało w sumie pięć ścieżek, z których tylko jedna nie jest pętlą. Są one relatywnie długie (kilkanaście kilometrów), istnieje rzecz jasna możliwość zmodyfikowania ich według własnych potrzeb i możliwości. Każdej z tras poświęcono osobny folder – składankę, wydrukowaną na grubym kartonie i zafoliowaną, aby chronić przed deszczem i wilgocią. Rewelacyjny pomysł.

Zaparkowaliśmy auto przy pięknym, rynnowym jeziorze Dębno (Damskie) od strony drogi Kluczewo – Barwice. Zauważyliśmy pewną nowość: na jego brzegu stały dwie wiaty turystyczno – edukacyjne, jeszcze nie oddane do użytku. Postanowiliśmy iść najpierw prawym brzegiem Dębnicy, dojść do Luboradzy i powrócić zachodnią stroną doliny. Całość szacowałem na około 10 kilometrów. Oryginalna geościeżka ma ok. 16 kilometrów, albowiem wytyczona jest jeszcze wokół jeziora Dębno, zahaczając od południa o przepiękny rezerwat Przełom Rzeki Dębnicy.

Ścieżka jest nieoznakowana, aczkolwiek spory odcinek prowadzony jest równolegle do niebieskiego szlaku pieszego ZP-1093 „Szwajcaria Połczyńska”.

Teren jest niezwykle malowniczy. Obfituje w liczne przewyższenia i jary, ponadto dolina rzeczna jest bardzo szeroka. Bardzo ciekawą rzeczą jest fakt, iż dokładnie w tym miejscu planowana była budowa mostu przez Dębnicę na drodze słynnej autostrady „berlinki”, mającej łączyć Berlin z Królewcem. Do dzisiaj w terenie można zaobserwować pozostałości po rozpoczętych i zarzuconych budowach, m. in. w postaci licznych regularnych nasypów położonych równolegle do planowanej drogi. Niejednokrotnie da się zauważyć kilka równoległych rzędów takich nasypów – w miejscach, gdzie należało znacznie zniwelować grunt.

Źródło: mapy.geoportal.gov.pl, dostęp: 16 listopada 2018 r.

Tuż za ujściem Dębnicy z jeziora Dębno znajdują się relikty młyna Jungfer. Patrząc z drogi asfaltowej można dostrzec mur oporowy, zbudowany na prawym brzegu rzeki. Nie zapuszczaliśmy się tam, albowiem teren jest stromy i silnie zarośnięty.

Działalność młynów w tym obszarze miała ścisły związek z dużym spadkiem wód zarówno Dębnicy, jak i pomniejszych cieków wodnych. Najlepszym tego przykładem był młyn Stern (z niem. gwiazda – zapewne związany z miejscowością Sternhof, obecnie Gwiazdowo). Obiekt ten, położony na południe od jeziora Dębno, zasilany był wodami bezimiennego potoku spływającego do jeziora. Obecnie pozostały po nim wyłączenie ruiny fundamentów oraz wały ziemne.

Na długości około sześciu kilometrów (licząc długość z biegiem rzeki) istniały trzy młyny. Sądząc po powierzchni, którą zajmują dwa z nich, musiały pełnić one w przeszłości niezwykle ważną funkcję.

Do rzeki zeszliśmy trochę wcześniej niż przewidywał szlak, albowiem na wysokości gospodarstwa w osadzie Dębno. Dolina jest specyficznie wyprofilowana, z wyraźnie zaznaczoną częścią do zjazdu wozów lub aut.

Już tutaj pojawiają się buki o sporych wymiarach. Jeden posiada ciekawą fakturę na pniu:

W celu przejazdu przez rzekę przerzucono mostek.

Obecnie jest on zniszczony, pełni natomiast funkcję zastawki, przez co wody powyżej niego stworzyły dość szeroki zbiornik wodny.

Woda jednak bez problemu znalazła ujście i płynie swobodnie dalej.

Idąc wzdłuż rzeki, dochodzi się do drogi prowadzącej do dawnego młyna. Przy niej rosną potężne, wiekowe buki. Budzą respekt.

Dochodzimy do pierwszych znacznych reliktów dawnego przemysłu, mianowicie do ruin młyna Hassel w Dębnie.

Spadek osiąga tutaj znaczną wysokość.

Idziemy dalej. Następnym przystankiem na geościeżce jest głaz narzutowy w Parchlinie. Po drodze, w wąskim rowie strumyczka, moją uwagę zwrócił kamień o niezwykle ciekawym wyglądzie.

Poradziłem się w tej kwestii Pana dr. Tomasza Dudy, który wstępnie przypisał jego wygląd jako efekt działalności człowieka, cyt. „poprzez gospodarkę górniczą lub poprzez wypalanie ze skał różnego rodzaju materiałów”. Serdecznie dziękuję za rozjaśnienie tematu!

Drogę do Parchlina urozmaicały nam widoczki.

Według informacji w folderze głaz miał znajdować się przy boisku piłkarskim.

Faktycznie tam jest:

Murawa trochę zarosła.

Sam głaz jest znacznych rozmiarów:

…czasem przycupnie na nim piękna Syrenka:

…jednak przy tychowskim Trygławie to jest „popierdółka a nie eratyk”, jak to mawiał Stefan „Siara” Siarzewski z Kilera.

Ruszamy w dalszą drogę. Ponieważ obecnie zylion osób w przestrzeni Internetu i mediów społecznościowych wrzuca zdjęcia grzybów, nie chcę być gorszy.

TADAM:

Był to jedyny jadalny grzyb, jaki napotkaliśmy na naszej drodze.

Zbliżaliśmy się już do jeziora Koprzywno. Na jego wschodnim brzegu przygotowano miejsce odpoczynku dla turystów i kajakarzy: ławki, wiaty, stoły, miejsce na ognisko i ładny pomost. Jest też konstrukcja do umieszczenia na niej kajaków, przypominająca te zamocowane na przyczepach aut wożących taki sprzęt.

Równolegle z nami zaczęli zjeżdżać się pasjonaci morsowania. Podczas gdy my grzaliśmy się świeżo zaparzoną kawą z moki (masthew wszystkich naszych wypraw), większość morsowej ekipy podskakiwała w lodowatej wodzie.

Tuż przy jeziorze, na prawo od drogi z Parchlina do Luboradzy, znajduje się bardzo wysokie zbocze, przecięte w tym miejscu dwoma głębokimi i długimi na kilkaset metrów dolinami erozyjnymi. Ich widok na Geoportalu zrobił na mnie ogromne wrażenie i zapowiadał wysokiej klasy doznania estetyczne.

Ale, jak się okazało już w domu, na północ od tych dolin znajduje się jeszcze jedna, z dnem o ponad kilometrowej długości. Skalę zjawiska prezentuje poniższy obraz.

Źródło: mapy.geoportal.gov.pl, dostęp: 16 listopada 2018 r.

U dołu widać także zarys kolejnego niemałego jaru.

Głupio przyznać, ale tego ogromnego jaru po prostu nie zauważyłem. Na malutkim ekranie smartfona widać relatywnie niewiele, a już w Luboradzy mieliśmy robić nawrot. Poza tym powoli acz nieubłaganie zmierzchało, więc czasu na dalsze eksploracje nie było.

Ale wracając do tematu…

Ponieważ Madzia postanowiła zostać na dole i odpocząć, udałem się sam na krótki rekonesans.

Dno południowej doliny z charakterystycznym przełamaniem ma długość około 320 metrów. Północna dolina jest nieco krótsza, albowiem jej dno mierzy około 200 metrów. Obie mają bardzo strome zbocza, wiele przewróconych drzew leżących zarówno wzdłuż jak i w poprzek doliny.

Górne odcinki dna są zupełnie suche. Woda płynąca pojawia się w obu formach terenowych stosunkowo nisko.

Swoją trasę w górę postanowiłem pokonać środkowym wyniesieniem, pomiędzy obiema dolinami. Momentami było dość stromo, ale bez problemu wdrapałem się na punkt szczytowy dolinki północnej. Już tutaj efekt był piorunujący: dno oddalało się z początku łagodnie…

… by w pewnym momencie pod ostrym kątem runąć w dół. Zbocza w niektórych miejscach były niemalże pionowe.

Krajobraz u szczytu dolin jest niezwykle malowniczy. Patrząc na poniższe zdjęcie mam nieustanne wrażenie, jakby było celowo zniekształcone:

Wszedłem krawędzią doliny, dobrze byłoby rzucić na nią okiem z poziomu dna. Południowa dolina jest dłuższa, a u jej szczytu zbiegają się trzy charakterystyczne dolinki, wyglądające z góry, jakby dolina była ramieniem z wyciągniętą dłonią o trzech uniesionych palcach.

Z perspektywy ziemi wygląda to tak:

U szczytu dolinek powstały niewielkie głazowiska, z racji wykorzystania terenu poza doliną do celów uprawnych.

W jednym ze zboczy zadomowił się borsuk – tak mi przynajmniej wygląda otoczenie, z hałdą piachu u podstawy włazu.

Początkowo zejście nie zapowiada stromizn widzianych na zdjęciu satelitarnym. Jednak wraz z kolejnymi metrami głębokość względna doliny zaczyna bardzo wyraźnie rosnąć.

W dnie pojawiają się pierwsze głazy.

Tuż przed skrętem na północ, do jaru dochodzi mniejsza dolinka o profilu przypominającym wąwóz. Teren tutaj jest dość podmokły, z jedną kałużą i dużą ilością błota.

Zza zakrętu widać już, z efektem jakiej potęgi przyrodniczej mamy do czynienia. Stoki robią wrażenie absolutnie fenomenalne.

Szczerze powiedziawszy, będąc otoczonym z każdej strony wysokimi, stromymi brzegami oraz wielkimi drzewami, z których niektóre nie utrzymały się na pochyłości i upadły na dno doliny, odczułem najprawdziwszy lęk. Oblały mnie zimne poty. Przecież jest jasno, nic się nie dzieje – próbowałem sobie wmówić, chcąc zapanować nad tym. Złowroga cisza wokół sprawiała, że słyszałem wyłącznie swój przyspieszony oddech i czułem mocniejsze, wyraźnie szybsze bicie serca. Nie da się tego opisać słowami.

Trawersem, po brzegu doliny, biegła wąska ścieżka wydeptana przez zwierzynę. Nie chcąc wydeptywać nowej ścieżki i powodować tym samym osunięć ziemi, poszedłem tą wąską ścieżką, chcąc w obiektywie uchwycić jak najlepiej to miejsce.

Na dnie dostrzegłem charakterystyczną skałę. Okazała się być ciężkim bochenkiem krzemiennym.

Kilkanaście metrów dalej wysokość doliny zmniejsza się. W jej leży spory głaz narzutowy…

… spod którego wypływa niewielki ciek wodny.

Strumyk szybko rozlewa się po dnie doliny, mocno wypłaszczonej u ujścia.

Następnie płynie przepustem pod jezdnią, i dalej oddaje wody do jeziora Koprzywno. Struga z północnej doliny kończy bieg dokładnie w ten sam sposób.

Kolejnym punktem, który chciałem obejrzeć, było grodzisko zbudowane na przewężeniu jeziora Koprzywno. Stanowisko to znane jest archeologom, i funkcjonuje pod nazwą Stare Koprzywno. Na zdjęciu powyżej, przedstawiającym ukształtowanie terenu, da się zauważyć niewielki kolisty obiekt wraz z bardzo wyraźnym wałem wyprowadzonym w kierunku południowo-zachodnim. Tak to wygląda w przybliżeniu:

Osoba z buuuujną wyobraźnią zobaczy zupełnie coś innego niż plan wczesnośredniowiecznego obiektu obronnego… ale o wyobraźni może kiedy indziej. 😉

W okresie wczesnego średniowiecza to miejsce musiało być niezwykle trudno dostępne. Nawet o tej porze roku trzeba było przedzierać się przez chaszcze i uważać żeby nie wejść w podmokły teren; strach pomyśleć, co tam dzieje się w lato…

Otoczenie z trzech stron wodą i szuwarami, a także silnie zabagnione dojście od strony wschodniej powodowało, że doskonale nadawało się na posadowienie tutaj obronnego grodu.

Poszedłem rzucić okiem na wał usypany w kierunku zachodniego brzegu. Przekop wydaje się być efektem dość późnych prac, albowiem jeszcze na niemieckiej mapie topograficznej w tym miejscu był regularny wał, rzeka natomiast poprowadzona została zupełnie inaczej, niż obecnie – przez sam środek dóbr luboradzkich.

W Luboradzy znajduje się dworek z początku XX wieku, oraz kilka budynków służących do zakwaterowania gości funkcjonującego tu obiektu restauracyjno-hotelowego.

Całego resortu pilnuje uroczy niedźwiadek, nawiązujący – jak sądzę – do herbu Barwic.

Lokalizacja jest niesamowita. Nad samym jeziorem, z którego wypływa Dębnica, w sąsiedztwie starych, wielkich drzew. Widok znad jeziora jest wspaniały. Szkoda tylko, że tego dnia było tak mało słońca.

Przy dworku, na zielonym trawiastym placu widać białą, smukłą i wysoką rzeźbę.

W tym miejscu wygląda co najmniej tajemniczo. Biała Dama?

Luboradza była dla nas punktem, w którym planowaliśmy zawrócić. Nie udało się nam dotrzeć do ruin jednego z trzech młynów posadowionych w nurcie Dębnicy na tym odcinku, mianowicie do młyna zwanego Zielonym Gajem. Ponoć sprawia ciekawe wrażenie, z uwagi na zachowane ściany licowe wysokiej budowli. Będąc następnym razem w tych okolicach bez wątpienia tam zajdziemy. Tymczasem z Luboradzy kierujemy się wyasfaltowaną wąską drogą na Piaski, by tuż za mostem na Dębnicy skręcić w lewo, i obejść dolinę tym razem od zachodu. Przy wyjeździe z Luboradzy, z lewej strony, rośnie rząd dorodnych robinii akacjowych, z fantastycznie ukształtowaną, oryginalną korą. Ich nasadzenia, jak sądzę, związane są z rozwojem parku dworskiego, leżącego tuż obok.

Minęliśmy jezioro Krynickiego, które również jest elementem geościeżki, i zboczem bardzo stromej doliny, w której wiła się Dębnica, doszliśmy do drogi asfaltowej z Nowego Koprzywna do Parchlina. Mimo iż ścieżka prowadziła w górę asfaltem, postanowiliśmy skrócić sobie trasę, przechodząc przez szosę i iść dalej wzdłuż Dębnicy. Rzeka tutaj sprawia wrażenie zupełnie małej, skromnej strużki.

Było już ciemno, gdy wróciliśmy do auta. Na powierzchni Dębna widać było wyraźną falę, ponadto wiał silny wiatr od południa. Wypiliśmy gorącą kawę na rozgrzewkę, korzystając z nowej wiaty turystycznej, i po dziewiętnastej wyruszyliśmy do domu.

*******

Podsumowując: Dębnica tchnie tajemnicą. Warto tu wrócić – co na pewno nastąpi w naszym przypadku – choćby po to, by zahaczyć o miejsca, których tym razem nie zobaczyliśmy. Poza tym ukształtowanie terenu w tym rejonie jest równie atrakcyjne jak w innych rejonach Drawskiego Parku Krajobrazowego, i ma swój absolutnie niepowtarzalny klimat.

Trasa naszego spaceru na Bikemap wraz z oznaczeniem większości punktów omawianych w tekście.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *