Weekend na Blue Velo, czyli otwieramy sezon.

Cisza na blogu jak makiem zasiał… Już to zmieniam!

W pierwszy weekend kwietnia udaliśmy się z Madzią na dwudniową wycieczkę w okolice Pojezierza Myśliborskiego. Pierwszy dzień spędziliśmy z miłym towarzystwie w ramach wycieczki “Rowerem po szlaku Blue Velo”, organizowanym przez naszego szczecińskiego kolegę Arka, znanego szerzej jako Nature Trip. Ponieważ zapowiadała się piękna pogoda i stosunkowo wysokie temperatury, postanowiliśmy spędzić pierwszą w tym roku noc pod namiotem.

Jak było? Już spieszę z opowieścią.

Sobota

Do Szczecina dojechaliśmy pociągiem Regio o 5:48 z Koszalina. W wagonie mieliśmy sporo miejsca na rowery, zatem bez problemu ulokowaliśmy je wraz z bagażami. Punktem zbornym wycieczki był Plac Lotników, zatem chwilę po 9-tej zjawiliśmy się na miejscu. Mając jeszcze trochę czasu (pociąg przyjechał o 8:30, na peronie brak windy) udaliśmy się do księgarni Świat Książki w centrum handlowym Galaxy z nadzieją, iż uda nam się kupić mapę turystyczną rejonu, do którego zmierzaliśmy. Nadzieja była jednak płonna. O ile można było kupić mapy i przewodniki z różnych zakątków świata, o tyle mapa Pojezierza Myśliborskiego pozostaje w szczecińskiej księgarni zbyt egzotycznym towarem, dostępnym tylko na zamówienie.

Najpierw powitanie. Trochę nas było 🙂

źródło: Nature Trip Fanpage; https://www.facebook.com/bikenature2015/

Po powitaniu uczestników Arek przedstawił plan wycieczki: przejazd nowym szlakiem Blue Velo odcinkiem z Gryfina do Trzcińska-Zdroju, przed samym Trzcińskiem ognisko z kiełbaskami i powrót busem z przyczepą do Szczecina. Nas ominęła meta oraz powrót, albowiem zostaliśmy już na miejscu biwakowania.

Najpierw mieliśmy za zadanie wydostać się ze Szczecina. Trochę nam to zajęło, albowiem startowaliśmy z centrum, a miasto zdawało się nie mieć końca. Podczas przerwy na łyka wody i zaczerpnięcie oddechu obok nas przejechało kilkuset motocyklistów, skutecznie zatruwając okolicę spalinami. Wszyscy zmierzali najpewniej na rozpoczęcie sezonu motorowego.

My ruszamy dalej. Kierunek – Kołbaskowo, a następnie Pargowo, granica polsko – niemiecka, i wylądowaliśmy pod wieżą widokową po niemieckiej stronie Odry. Tutaj został zaplanowany trochę dłuższy postój, zatem czas na kawę 🙂

Wdrapaliśmy się na wieżę razem z Krzysztofem, który zrobił nam bardzo ładne zdjęcie. Dziękujemy!

Następnie wróciliśmy na nieogolone łono macierzy 😉 czyli przekroczyliśmy ponownie granicę, i po kilkunastu minutach wjechaliśmy okazałym mostem do Gryfina. Tutaj wesprę się tekstem ze strony Urzędu Marszałkowskiego Województwa Zachodniopomorskiego:

Trasa rowerowa z Gryfina do Trzcińska-Zdroju licząca ok. 46km stanowi jeden z etapów będącego obecnie w budowie międzywojewódzkiego szlaku Blue Velo prowadzącego z północnej części województwa zachodniopomorskiego, gdzie w miejscowości Międzyzdroje łączy się z nadmorską trasą rowerową EuroVelo10, w kierunku granicy z Czechami. W terenie przyporządkowany jej został numer 3. Odcinek Gryfino – Trzcińsko-Zdrój jest obecnie jedynym ukończonym dłuższym fragmentem tej trasy.

Źródło: http://www.rowery.wzp.pl/blue-velo

W sumie wykonanych zostało 11 kilometrów nowych nawierzchni, łącząc poszczególne odcinki wykonanych już szlaków, by stworzyć jednolicie oznakowaną trasę. Tuż za Gryfinem znajduje się dość stromy, brukowany zjazd w dolinę rzeki Tywy, do osady Szczawno. Tutaj rozpoczyna się jeden z bardziej malowniczych odcinków Blue Velo, wiodący wysokim nasypem po dawnej linii kolejowej. Z prawej strony spokojnymi meandrami płynie piękna i spokojna rzeka, która towarzyszy rowerzystom praktycznie do samego Trzcińska Zdroju.

W Borzymiu zjechaliśmy ze szlaku, aby zobaczyć tajemniczy wodospad na Tywie. Oto i on:

Ponieważ śniadanie jedliśmy o 4:30, pora było zjeść coś ciepłego. Dlatego też postanowiliśmy pozostać w tym malowniczym miejscu i zjeść przygotowany obiad. Reszta wycieczki udała się z powrotem na szlak, i mieliśmy się spotkać na miejscu popołudniowego ogniska.

Madzia podgrzewała jedzenie i szykowała kawę:

Ja natomiast zrobiłem krótką rundę po najbliższej okolicy.

O ironio.

Tywa jest również szlakiem kajakowym, a jej bieg jest opisywany jako jeden z najładniejszych na Pomorzu.

Odwiedzając różne miejsca związane z turystyką kajakową zauważam, że praktycznie każda rzeka jest opisywana jako ta “naj”: najpiękniejsza, najciekawsza, najbardziej urokliwa. Wiadomo, że każda pliszka swój ogonek chwali, ale nie ma co ukrywać: każda pomorska rzeka jest piękna, a spływanie kajakiem jest aktywnością, podczas której każdy może się tym pięknem zachwycić.

Po obiedzie i kawie wsiadamy na rowery i jedziemy dalej. Od Borzymia do Małego Borzymia szlak został poprowadzony krętą szutrową drogą leśną. Moim zdaniem jest to bardzo dobre urozmaicenie trasy.

W miejscowości Lubanowo Blue Velo poprowadzone jest wysoko przewieszonym mostem nad Tywą. Niestety, jadąc dalej, malownicze krajobrazy zamieniają się w koszmarny śmietnik na skarpie przy ścieżce – u góry jest wieś, zatem oczywistym jest, kto te śmieci tutaj powyrzucał. Wstyd.

Dość  monotonnym odcinkiem mijamy miejscowość Banie, natomiast w połowie drogi między Baniami a Baniewicami skręcamy w las szeroką asfaltową arterią. Przez najbliższych kilka kilometrów będą nam towarzyszyć po lewej stronie ogromne stare poskręcane drzewa.

Dojeżdżamy do Swobnicy. Dość zmęczeni, nie odwiedzamy słynnego zamku Templariuszy i Joannitów, zatrzymując się przy lokalnym sklepie. Przesympatyczna obsługa napełnia nam butle świeżą wodą, a my uzupełniamy zapasy spożywcze. Mamy niedaleko do miejsca, gdzie mieliśmy się spotkać z Nature’ową wycieczką, i po kilkunastu minutach zajechaliśmy nad jezioro Dołgie. Ekipa już odpoczywała.

źródło: Nature Trip Fanpage; https://www.facebook.com/bikenature2015/

Dolina Tywy stanowi jeden z pięciu Obszarów Natura 2000 na terenie Nadleśnictwa Myślibórz. Tutaj obejmuje swym zasięgiem górny odcinek rzeki wraz z jeziorem Dołgie, Długie oraz Dłużec, natomiast całość obszaru obejmuje w zasadzie cały bieg Tywy od źródeł po ujście do Odry.

Tuż przy wypływie rzeki z jeziora Dołgie bobry pobudowały sporej wielkości żeremie.

Zjawisko takie widzieliśmy ostatni raz trzy lata temu przy wypływie Gwdy na jezioro Wielimie, przy czym żeremie było dużo większe i całkowicie zagradzało rzekę.

Za mostem rzeka wygląda całkiem, całkiem:

Tymczasem Nature’owy Trip pożegnawszy się z nami ruszył dalej, my natomiast rozbiliśmy namiot i rozpaliliśmy ognisko korzystając z tego ognia, które rozpalili Nature’owcy.

Czuć było zbliżający się chłód nocy, zatem po zjedzeniu kolacji i higienie poszliśmy spać.

Niedziela

Planowaliśmy pobudkę o 7:30, jednak zmęczenie z całego tygodnia dało się we znaki, i obudziliśmy się przy dość wysokim słońcu o dziewiątej.

Widok z namiotu niczego sobie:

…lecz było nadal dość chłodno. Ognisko z początku okazało się potrzebne:

Z każdą minutą robiło się coraz cieplej. Rzut oka na naszą miejscówkę:

Po śniadaniu i spakowaniu się – ruszamy. Jeszcze pamiątkowa fotka:

Kierunek: Stargard przez Pyrzyce. Przed 16:00 mieliśmy pociąg, więc presja czasu coraz bardziej dawała mi się we znaki. Bardzo nie lubię się spieszyć, a wręcz nie znoszę takich sytuacji, w których teoretycznie powinienem miło spędzać czas – jestem w końcu na wycieczce!

Kilka pierwszych kilometrów przejechaliśmy wzdłuż granicy gmin Banie oraz Trzcińsko-Zdrój.

Kolejne kilometry upłynęły nam na jeździe przez piękny las po świetnej szutrowej drodze p-poż.

Tuż przed Maruszewem droga zmieniła kierunek, więc wybraliśmy inną dróżkę, ale wiodącą prosto do celu.

Trafiło się nam trochę niespodzianek. Nawet na rowerach zdarza się pokonywać… zwałki. 😉

Ledwo wjechaliśmy do Maruszewa, już z niego wyjeżdżamy.

Zdążyłem jeszcze miło pogawędzić z Sołtysem, i pojechaliśmy dalej, do Tetynia.

Ktoś nam wtargnął na jezdnię:

W samym Tetyniu naszą uwagę zwróciła ciekawa fasada kościoła.

A po sąsiedzku stodoła z klasycznym szachulcem.

Ponieważ nasze mapy nie uwzględniały nowego przebiegu eS-trójki, mieliśmy zagwozdkę jak ją ominąć. Ale jakoś udało nam się przedostać na drugą stronę.

A to sama S-3. Powiew zachodu…

Stamtąd mieliśmy już kilka kilometrów do Pyrzyc. Przed Kozielicami moją uwagę przykuł szpaler wysokich drzew okalający nieckowate, suche zagłębienie. Czyżby wyschnięte jezioro lub staw?

Wkrótce docieramy do Pyrzyc. Jest to jedno z tych miasteczek, które mają bardzo dobrze zachowane średniowieczne obwarowania. Wewnątrz starego miasta PRL-owskie bloki, ale klimat przy murach, basztach i bramach jest jedyny w swoim rodzaju.

Wjeżdżamy od strony Bań, zatem przez bramę Bańską.

Ponieważ zbliża się pora obiadu, przejeżdżamy przez miasto i jedziemy w miejsce, które znam ze swojej poprzedniej samotnej wyprawy w te rejony dwa lata temu.

Tuż obok mini tężni (niestety niedziałających) znajdują się pozostałości Bramy Szczecińskiej.

Po drugiej stronie natomiast, tuż przy wyłomie w murze miejskim, stoi jedna z czterech zachowanych baszt: Baszta Sowia o wysokości 14 metrów.

Mury miejskie wyposażone były ponadto w czterdzieści cztery czatownie. Do dzisiaj zachowało się około trzydzieści z nich.

Bardzo ciekawym akcentem współczesności jest umiejscowiony tuż za murami miejskimi pomnik wykonany w głównej mierze ze stali i kamienia. Jako fan wszelkich ciekawych i nieoczywistych pomników, ten także zwrócił moją uwagę.

Do tego ujął mnie tekst dotyczący tych, którym owa rzeźba została poświęcona:

Prawda, że piękne słowa? Tak proste, a jednocześnie niedające się wmanewrować w jakiekolwiek polityczne i inne gierki.

Po obiedzie grzejemy dalej. Plan jest taki: przejechać się wschodnim brzegiem jeziora Miedwie, którego oboje nigdy nie widzieliśmy, następnie w odpowiednim miejscu skręcić na Stargard i dojechać punktualnie na pociąg. Plan planem, a rzeczywistość rzeczywistością 😉 Ale po kolei.

Kilka kilometrów za Pyrzycami naszym oczom ukazało się potężne spiętrzenie, ku któremu ewidentnie zmierzała nasza droga. Właśnie na nim zlokalizowany jest rezerwat przyrody “Brodogóry”. Chroni on niezwykle cenną roślinność kserotermiczną, czyli taką, która – mówiąc w dużym skrócie – potrzebuje do życia dużej ilości ciepła. Nachylenie stoków jest znaczne:

Spory kawałek naszej drogi wzdłuż jeziora Miedwie prowadzi także przy tym rezerwacie.

Trasa jest niezwykle malownicza, ruch na drodze natomiast znikomy. Dojechaliśmy do miejscowości Wierzbno, gdzie skusił nas kierunkowskaz w stronę jeziora. Na daleko wysuniętym pomoście zrobiliśmy sobie fotkę:

 Samo Miedwie – cóż tu powiedzieć? Jest po prostu ogromne! Na panoramie widać wodę, wodę, i jeszcze raz wodę. Jak to Madzia powiedziała w zamyśleniu: „ale by się tutaj żeglowało…„.

Niestety, w oddali widać kłęby dymu – nie był to pierwszy taki widok tego dnia. Pożar w wyniku wypalania traw? Jest to wielce prawdopodobne.

Ponieważ czas upływał nieubłaganie, znaleźliśmy najszybszą trasę do Stargardu, ponownie przecinając drogę S-3. Jeszcze kilka kilometrów podmiejskimi laskami z hałdami śmieci, następnie mijamy jednostkę wojskową, i dalej – już regularną ścieżką rowerową – docieramy na 10 minut przed przyjazdem pociągu. Równo o godzinie 15:52 pociąg rusza do Koszalina z nami na pokładzie.

***

Pierwszą tegoroczną wyprawę pod namiot uważamy za udaną, i tym samym – otwieramy nasz sezon podróżniczy. Lada moment, bo już 28 kwietnia, ponownie wsiądziemy w pociąg z rowerami. Tym razem kolej powiezie nas dużo, dużo dalej, a także na dłużej.

Dokąd? O tym wkrótce. Jedno jest pewne: będzie pięknie. 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *